Piotr Mandrysz: Może jeszcze kiedyś trafię do Rybnika
11.08.2011
Jak pan ocenia szanse Energetyka w II lidze? Beniaminek z pana rodzinnego miasta fatalnie rozpoczął nowe rozgrywki.
- Jako rodowity rybniczanin i wychowanek ROW-u zawsze śledzę losy tej drużyny. Zaczęli słabo, ale nie można ich przekreślać. Mają w składzie sporo wartościowych graczy.
Nie czuje Pan żalu, że nie pomógł tej drużynie? Przecież zanim Piotr Mandrysz trafił do GKS-u, było niemal pewne, że lada moment zostanie trenerem właśnie Energetyka…
- Rzeczywiście, miałem propozycję z tego klubu. Rozmowy były daleko zaawansowane. Gdzieś "w górze" było mi jednak zapisane inaczej. Ale to nie przekreśla tego, że kiedyś mogę pracować w Rybniku.
Na początku pracy w GKS-ie przyglądał się pan zawodnikom z podokręgu tyskiego. Niewielu z nich zdało egzamin. Czy to oznacza, że wzmocnień lepiej szukać poza najbliższą okolicą?
- Wręcz przeciwnie. Uważam, że w regionie jest wiele talentów. Proszę jednak pamiętać, że trafiłem do Tychów dosyć niespodziewanie, a ten sparing był przygotowany jeszcze przez poprzedniego szkoleniowca (Rafała Góraka - dop. red.). Mimo tego trafiło do nas dwóch piłkarzy z grupy, która miała okazję pokazać się w tamtym meczu. Można więc cieszyć się, że GKS jest choć trochę bardziej tyski.
Dokooptował pan do drużyny GKS-u Marcina Folca. Co jest takiego w tym zawodniku, że zaufał mu pan po raz trzeci w swojej karierze trenerskiej?
- W zeszłym sezonie tyski zespół miał problem z rasowymi napastnikami, a Marcin należy do tego typu zawodników. Posiada duże doświadczenie, a ja mam o nim jak najlepsze zdanie. Ściągałem go jeszcze jako młodego chłopaka do Radomska i mnie nie zawiódł. Poza tym… było nas na niego stać.

GKS stracił niezłą szansę na promocję, odpadając z Pucharu Polski już w pierwszej rundzie. Ma pan pretensje do swoich zawodników o porażkę z Elaną Toruń?
- Jak wychodzi się na mecz, to trzeba grać o zwycięstwo. Pretensji nie mam, bo szansę gry dostali Ci piłkarze, którzy nie grali w pierwszych kolejkach ligowych. Miałem świadomość, że czeka ich trudne zadanie. Ta porażka na pewno chluby nam nie przynosi.
I niezbyt dobrze świadczy o dublerach. Ma pan problemy z ławką rezerwowych?
- Z ławką może nie, ale wielu zawodników pokazało w tym meczu, że trudno im będzie wygryźć ich kolegów z podstawowego składu.
Przynajmniej rywalizację w drugiej lidze zaczęliście od dwóch zwycięstw. Potem przytrafiła się porażka z Miedzią. GKS jest drużyną na awans?
- Do końca rozgrywek jest jeszcze bardzo daleko. GKS w poprzednim sezonie do końca walczył o pierwszą ligę, ale są dwie bardzo ważne rzeczy, które każą inaczej na to spoglądać. Po pierwsze, GKS połowę spotkań grał u siebie, a teraz nie będzie grał żadnego. Po drugie, w moim zespole jest aż jedenastu nowych zawodników. To już zupełnie inna drużyna.
- Przymusowa gra w roli gospodarza na stadionie w Jaworznie jest dla pana piłkarzy dużym utrudnieniem?
- Ja, jako piłkarz, też wolałem grać u siebie. Wtedy lepiej czuje się murawę, wymiary boiska. Na obcych stadionach nie ma takiego komfortu gry. Na pewno jest trudniej.
- Jako rodowity rybniczanin i wychowanek ROW-u zawsze śledzę losy tej drużyny. Zaczęli słabo, ale nie można ich przekreślać. Mają w składzie sporo wartościowych graczy.
Nie czuje Pan żalu, że nie pomógł tej drużynie? Przecież zanim Piotr Mandrysz trafił do GKS-u, było niemal pewne, że lada moment zostanie trenerem właśnie Energetyka…
- Rzeczywiście, miałem propozycję z tego klubu. Rozmowy były daleko zaawansowane. Gdzieś "w górze" było mi jednak zapisane inaczej. Ale to nie przekreśla tego, że kiedyś mogę pracować w Rybniku.
Na początku pracy w GKS-ie przyglądał się pan zawodnikom z podokręgu tyskiego. Niewielu z nich zdało egzamin. Czy to oznacza, że wzmocnień lepiej szukać poza najbliższą okolicą?
- Wręcz przeciwnie. Uważam, że w regionie jest wiele talentów. Proszę jednak pamiętać, że trafiłem do Tychów dosyć niespodziewanie, a ten sparing był przygotowany jeszcze przez poprzedniego szkoleniowca (Rafała Góraka - dop. red.). Mimo tego trafiło do nas dwóch piłkarzy z grupy, która miała okazję pokazać się w tamtym meczu. Można więc cieszyć się, że GKS jest choć trochę bardziej tyski.
Dokooptował pan do drużyny GKS-u Marcina Folca. Co jest takiego w tym zawodniku, że zaufał mu pan po raz trzeci w swojej karierze trenerskiej?
- W zeszłym sezonie tyski zespół miał problem z rasowymi napastnikami, a Marcin należy do tego typu zawodników. Posiada duże doświadczenie, a ja mam o nim jak najlepsze zdanie. Ściągałem go jeszcze jako młodego chłopaka do Radomska i mnie nie zawiódł. Poza tym… było nas na niego stać.

GKS stracił niezłą szansę na promocję, odpadając z Pucharu Polski już w pierwszej rundzie. Ma pan pretensje do swoich zawodników o porażkę z Elaną Toruń?
- Jak wychodzi się na mecz, to trzeba grać o zwycięstwo. Pretensji nie mam, bo szansę gry dostali Ci piłkarze, którzy nie grali w pierwszych kolejkach ligowych. Miałem świadomość, że czeka ich trudne zadanie. Ta porażka na pewno chluby nam nie przynosi.
I niezbyt dobrze świadczy o dublerach. Ma pan problemy z ławką rezerwowych?
- Z ławką może nie, ale wielu zawodników pokazało w tym meczu, że trudno im będzie wygryźć ich kolegów z podstawowego składu.
Przynajmniej rywalizację w drugiej lidze zaczęliście od dwóch zwycięstw. Potem przytrafiła się porażka z Miedzią. GKS jest drużyną na awans?
- Do końca rozgrywek jest jeszcze bardzo daleko. GKS w poprzednim sezonie do końca walczył o pierwszą ligę, ale są dwie bardzo ważne rzeczy, które każą inaczej na to spoglądać. Po pierwsze, GKS połowę spotkań grał u siebie, a teraz nie będzie grał żadnego. Po drugie, w moim zespole jest aż jedenastu nowych zawodników. To już zupełnie inna drużyna.
- Przymusowa gra w roli gospodarza na stadionie w Jaworznie jest dla pana piłkarzy dużym utrudnieniem?
- Ja, jako piłkarz, też wolałem grać u siebie. Wtedy lepiej czuje się murawę, wymiary boiska. Na obcych stadionach nie ma takiego komfortu gry. Na pewno jest trudniej.
Polecane
II liga