Piłkarze Górnika i Ruchu przekomarzali się, ale jednocześnie przyjaźnili
28.08.2010
Kostka zaczynał i kończył grę w Górniku w meczach z Ruchem. Pierwszy raz w bramce klubu z Zabrza stanął w 1960 roku. - Co prawda był to pojedynek sparingowy, ale w tamtych czasach i takie spotkania miały wysoką rangę. Moim ostatnim pojedynkiem w karierze były również derby z Ruchem - wspomina.
Eugeniusz Lerch uwielbiał grać z Górnikiem. - Nasze mecze stały na poziomie tych najciekawszych w Pucharze Europy. Naprawdę! My przy Cichej na ogół wygrywaliśmy. Dobrze się nam również grało na Stadionie Śląskim. Górnik za to zwyciężał w Zabrzu - przyznaje i ma pełną rację. "Niebiescy" ledwie trzy razy wygrali w lidze przy Roosevelta! Lerch z Górnikiem chciał jednak wtedy grać co tydzień. - Bo strzeliłem mu sporo bramek! - uśmiecha się w łobuzerski sposób.
- Jakbyśmy zrobili statystki, to wyszłoby, że tych goli Ruchu wcale tak wiele nie wpadło do naszej bramki. Ale to było tak dawno, że... może faktycznie Gienek coś tam strzelił - ripostuje z uśmiechem Kostka, jeden z najlepszych bramkarzy w historii Górnika. Kto grał w polu zespołu z Zabrza? - Ernest Pohl, "Edi" Kowol, Staszek Oślizło, później Zygfryd Szołtysik czy Włodzimierz Lubański - przytacza z uznaniem w głosie Lerch.
Zawodnicy Górnika i Ruchu byli w tamtych czasach dobrymi kolegami. - Nawet razem spaliśmy - oznajmia Oślizło. - Mam na myśli, że w jednym pokoju - tłumaczy od razu, widząc uśmiechy na twarzach dziennikarzy. - Żyliśmy z "Niebieskimi" w zgodzie. Ja sam na zgrupowaniach kadry mieszkałem z Gienkiem Faberem. Co tu dużo mówić, pedantyczny człowiek - zdradza Kostka.
- Komitywa była wyborna! Erwin Wilczek był jednym z moich najlepszych kumpli. Jasne, że się wzajemnie podpuszczaliśmy. Pamiętam, że kiedyś jako drużyna Ruchu wróciliśmy ze Związku Radzieckiego z takimi czapkami z baraniny. Ernest Pohl mówił: wam jeszcze tylko brakuje gwiazdy radzieckiej na głowach i do ruskiego wojska byście się nadawali - śmieje się Lerch.
Mecz który utkwił mi w pamięci?
Kostka: Graliśmy ćwierćfinał Pucharu Polski. W 80. minucie przegrywaliśmy 0-2 na stadionie w Chorzowie. Większość kibiców Górnika opuściła już stadion, bo wtedy nie było tak, że człowiek wsiadł w samochód i wracał do Zabrza. Ludzie szli pieszo. My w dziesięć ostatnich minut strzeliliśmy trzy bramki i wygraliśmy 3-2. Przyjechaliśmy do Zabrza, gdzie na Placu Wolności czekali na nas kibice... niezbyt przychylnie nastawieni, bo myśleli, że przegraliśmy (śmiech).
Lerch: Pamiętam mecz, kiedy wygraliśmy 2-1 po moich dwóch bramkach. Obie drużyny przystąpiły do tego spotkania w w najsilniejszych składach. Poziom tych potyczek naprawdę stał na najwyższym poziomie. Można go było porównać z Pucharem Europy. Górnik miał jakościowo lepszy skład, ale moje pokolenie nie czuło respektu. Wychodziło się na boisko, aby pokazać, że jest się facetem. Niedawno natomiast rozegraliśmy mecz oldboyów w niemieckim Hamm. Przyszło nas oglądać 10 tysięcy ludzi! Coś niesamowitego... W dodatku padł wynik 2-2. I zapewniam, że nie był "robiony"!
Oślizło: Pamiętam mecz, gdy pojechaliśmy do Chorzowa już jako mistrzowie Polski. I przegraliśmy 1-5. Okazało się, że moi koledzy z obrony zdążyli już poświętować z okazji zdobycia tytułu. Mówili, żebym się nie martwił, bo przecież to nie ma znaczenia, ale dla mnie ten wynik to był wstyd i hańba. Kibice Ruchu mocno się z nas wtedy naśmiewali.
Eugeniusz Lerch uwielbiał grać z Górnikiem. - Nasze mecze stały na poziomie tych najciekawszych w Pucharze Europy. Naprawdę! My przy Cichej na ogół wygrywaliśmy. Dobrze się nam również grało na Stadionie Śląskim. Górnik za to zwyciężał w Zabrzu - przyznaje i ma pełną rację. "Niebiescy" ledwie trzy razy wygrali w lidze przy Roosevelta! Lerch z Górnikiem chciał jednak wtedy grać co tydzień. - Bo strzeliłem mu sporo bramek! - uśmiecha się w łobuzerski sposób.
- Jakbyśmy zrobili statystki, to wyszłoby, że tych goli Ruchu wcale tak wiele nie wpadło do naszej bramki. Ale to było tak dawno, że... może faktycznie Gienek coś tam strzelił - ripostuje z uśmiechem Kostka, jeden z najlepszych bramkarzy w historii Górnika. Kto grał w polu zespołu z Zabrza? - Ernest Pohl, "Edi" Kowol, Staszek Oślizło, później Zygfryd Szołtysik czy Włodzimierz Lubański - przytacza z uznaniem w głosie Lerch.
Zawodnicy Górnika i Ruchu byli w tamtych czasach dobrymi kolegami. - Nawet razem spaliśmy - oznajmia Oślizło. - Mam na myśli, że w jednym pokoju - tłumaczy od razu, widząc uśmiechy na twarzach dziennikarzy. - Żyliśmy z "Niebieskimi" w zgodzie. Ja sam na zgrupowaniach kadry mieszkałem z Gienkiem Faberem. Co tu dużo mówić, pedantyczny człowiek - zdradza Kostka.
- Komitywa była wyborna! Erwin Wilczek był jednym z moich najlepszych kumpli. Jasne, że się wzajemnie podpuszczaliśmy. Pamiętam, że kiedyś jako drużyna Ruchu wróciliśmy ze Związku Radzieckiego z takimi czapkami z baraniny. Ernest Pohl mówił: wam jeszcze tylko brakuje gwiazdy radzieckiej na głowach i do ruskiego wojska byście się nadawali - śmieje się Lerch.
Mecz który utkwił mi w pamięci?
Kostka: Graliśmy ćwierćfinał Pucharu Polski. W 80. minucie przegrywaliśmy 0-2 na stadionie w Chorzowie. Większość kibiców Górnika opuściła już stadion, bo wtedy nie było tak, że człowiek wsiadł w samochód i wracał do Zabrza. Ludzie szli pieszo. My w dziesięć ostatnich minut strzeliliśmy trzy bramki i wygraliśmy 3-2. Przyjechaliśmy do Zabrza, gdzie na Placu Wolności czekali na nas kibice... niezbyt przychylnie nastawieni, bo myśleli, że przegraliśmy (śmiech).
Lerch: Pamiętam mecz, kiedy wygraliśmy 2-1 po moich dwóch bramkach. Obie drużyny przystąpiły do tego spotkania w w najsilniejszych składach. Poziom tych potyczek naprawdę stał na najwyższym poziomie. Można go było porównać z Pucharem Europy. Górnik miał jakościowo lepszy skład, ale moje pokolenie nie czuło respektu. Wychodziło się na boisko, aby pokazać, że jest się facetem. Niedawno natomiast rozegraliśmy mecz oldboyów w niemieckim Hamm. Przyszło nas oglądać 10 tysięcy ludzi! Coś niesamowitego... W dodatku padł wynik 2-2. I zapewniam, że nie był "robiony"!
Oślizło: Pamiętam mecz, gdy pojechaliśmy do Chorzowa już jako mistrzowie Polski. I przegraliśmy 1-5. Okazało się, że moi koledzy z obrony zdążyli już poświętować z okazji zdobycia tytułu. Mówili, żebym się nie martwił, bo przecież to nie ma znaczenia, ale dla mnie ten wynik to był wstyd i hańba. Kibice Ruchu mocno się z nas wtedy naśmiewali.
Polecane
Ekstraklasa
Przeczytaj również
07.08.2022
07.08.2022
Główka Paluszka metodą na wicemistrzów