Nowy nabytek tyszan wyjaśnia, dlaczego rok temu nie trafił do GKS-u

21.06.2012
- Cieszę się, że zamiast 75 kilometrów w jedną stronę, będę teraz jeździł o połowę mniej. A na zgrupowanie do Kamienia to chyba przyjadę na... rowerze - uśmiecha się Mateusz Bukowiec.
Nowy nabytek GKS-u Tychy pochodzi z Czerwionki, więc i pod tym względem odejście z Ruchu Zdzieszowice mu posłuży. Mógł zresztą trafić do zespołu Piotra Mandrysza już rok temu, ale wtedy się na to nie zdecydował...

- Kiedy już wielu postawiło na mnie krzyżyk, pomocną dłoń wyciągnął Piotr Bajor, prezes LZS Leśnica. Dzięki niemu się odbudowałem i za jego podpowiedzią przeszedłem w połowie sezonu 2010/11 do Ruchu Zdzieszowice, trafiając na kolejnego bardzo życzliwego mi prezesa Krystiana Chmiela. Dlatego też rok temu, kiedy nastąpiła moja pierwsza przymiarka do Tychów, nie skorzystałem z oferty, bo wróciłem na Opolszczyznę spłacić mój dług - tłumaczy.

Czy z perspektywy czasu, żałuje tego posunięcia? - Dziś mogę powiedzieć, że nie żałuję. Co prawda GKS wywalczył awans do I ligi, ale grając w Ruchu też sportowo zrobiłem dobrą robotę. W II lidze wywalczyliśmy 5. miejsce, a w Pucharze Polski doszliśmy do ćwierćfinału, odpadając dopiero po dwumeczu z Ruchem Chorzów. Te moje ligowo-pucharowe występy zostały zauważone przez tyskich działaczy i jeszcze przed końcem sezonu "odkurzyli" mój numer telefonu. Na pewno w rundzie jesiennej w meczu z GKS-em nie błysnąłem, ale już wiosną po moim karnym objęliśmy prowadzenie i dopiero minutę przed końcem GKS wyrównał - kończy Bukowiec.
źródło: Sport

Przeczytaj również