Nowakowska-Ziemniak: W drodze na upragnione podium
13.04.2014
Redakcja: - W Polsce można uprawiać praktycznie każdą dyscyplinę sportu. Czemu akurat wybrałaś biathlon?
Weronika Nowakowska-Ziemniak: Pochodzę z Dusznik-Zdroju i tam to się wszystko zaczęło na dobrą sprawę od biegów narciarskich, ale jak dostałam karabin do ręki, to nie było już mowy o powrocie do biegów. Ten sport wciągnął mnie zdecydowanie. Tak jest w sumie z większością biathlonistów, że zaczynali od biegów narciarskich i dostali szansę spróbowania biegania i strzelania. Zawsze powtarzam, że biegi mimo wszystko są dość nudne, a biathlon jest bardzo nieprzewidywalny i przez to taki widowiskowy, fajny. I z zimowych dyscyplin sportowych zdecydowanie najfajniejsza dyscyplina, jaką mogłam sobie wymarzyć.
- A skoki narciarski, które w naszym kraju są popularne?
- Nie, nie jestem fanką skoków. Nie jestem fanką jakichkolwiek rzutów i tego typu sportów. Jestem fanką sportów wytrzymałościowych i zawsze mówię, że gdybym nie uprawiała biathlonu, to pewnie wybrałabym kolarstwo górskie. I jest to jedyna dyscyplina, w której siebie bym widziała, jeśli nie w biathlonie.
- Jesteś pochłonięta biathlonem, co według Ciebie jest ważniejsze w biathlonie: celne oko czy szybkie bieganie?
- Na dobrą sprawę te obydwie sprawy muszą się zazębiać. Sądzę, że aby uzyskać najwyższe sukcesy bez biegania i tylko dobrym strzelaniem, to nie ma takiej możliwości. Więc bieg jest podstawą. Wydaje mi się, że stanowi 70-80 procent sukcesu biathlonisty. Natomiast bez bardzo dobrego strzelania ciężko jest zdobywać medale tak, jak jest w moim wypadku. Bardzo często się o te medale ocieram i zawsze je przegrywam. Dwa razy na Igrzyskach Olimpijskich – 5. w Vancouver, 7. w Soczi. Medale przegrywam niestety na strzelnicy...
- Czy w Polsce dojdzie do takiej sytuacji, że biathlon będzie tak samo popularny, jak w Niemczech czy w Rosji?
- To jest moje wielkie marzenie, aby biathlon stał się bardziej popularny w Polsce. Muszę przyznać szczerze, że jakbym porównywała ilość np. próśb o autografy to nawet jest ich więcej w Niemczech czy w Rosji, bo tam biathlon cieszy się większą popularnością, niż u nas. Nie przeszkadza mi to, aczkolwiek chciałabym, aby w Polsce odbywało się więcej imprez biathlonowych. Nawet na poziomie juniorskim, ale żeby o tym biathlonie było słychać. Wiadomo – podstawą do popularyzacji dyscypliny są wyniki sportowe. Jeszcze parę lat temu nikt nie oglądał biegów narciarskich, a dzisiaj są naszą narodową dyscypliną, tak samo, jak skoki narciarskie. Mam nadzieję, że wszystko przed nami w tej kwestii.
- Odnośnie Pucharu Świata – najlepszy Twój wynik to 8. miejsce w Oberhofie. Liczyłaś na więcej?
- Miałam potencjał na dużo więcej w tym roku, niż osiągnęłam. Nie tylko na Igrzyskach Olimpijskich, ale też w trakcie trwania Pucharu Świata. Tak, jak mówię – wszystko przegrywałam w strzelaniu. Jakby stworzyć analizę mojego biegu, samego biegu, to potrafiłam „kręcić” czas w pierwszej „10”, czwarty, piąty czas biegowy. Także to absolutnie kwalifikowało mnie, aby stawać na podium, a udało mi się jedynie wywalczyć dwukrotnie 8. miejsce czy 9. Ostatecznie jestem w trzydziestce w „generalce”. To będzie jakby zadanie dla mnie na najbliższy sezon, żeby poprawić strzelanie. I uważam, że choćby utrzymując to samo bieganie i podtrzymując strzelanie, co weekend w „10” mogę być.
- Czy to 27. miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata jest dla Ciebie satysfakcjonujące?
- Nie do końca czuję się usatysfakcjonowana. Szczególnie dlatego, że po prostu wiem, iż był potencjał na więcej. Podchodzę tak do sportu, że przynajmniej kiedy wiem, że pokazała 100 procent swoich możliwości i to wystarczyło na 27. miejsce, to mogę być z siebie zadowolona. Wiem, że był potencjał na dużo więcej, a ja sama tego potencjału nie wykorzystałam. Fajnie jest być w gronie 30 najlepszych sportowców na świecie, tym bardziej, że na rzecz Uniwersjady opuściłam jeden z Pucharów Świata, więc też mnie to kosztowało trochę punktów. Miałam również perypetie zdrowotne, więc kilka startów było niezależnie ode mnie bez punktów. Ogólnie, nie jest to zły wynik, a nie jest też jakiś dobry.
- Jak traktowałaś Uniwersjadę? Jakby nie było przyjechałaś rywalizować ze studentami, czasem amatorami...
- Decyzja o tym, że pojadę na Uniwersjadę zapadła już w lipcu, kiedy indywidualnie z trenerem mówiliśmy o celach na przyszły sezon. Oczywiście celem głównym były Igrzyska w Soczi. Natomiast muszę powiedzieć, że tylko raz w swoim życiu reprezentowałam naszą uczelnię na Uniwersjadzie. Przyjechałam spóźniona z Mistrzostw Świata w Korei w 2010 roku i później już było zawsze coś ważniejszego. Stwierdziłam, że jest to ostatnia okazja, żeby reprezentować uczelnię i nie żałuję absolutnie, ponieważ uczelnia też dla mnie dużo zrobiła, bardzo dużo mi pomogła. Sam fakt, że mogę profesjonalnie uprawiać biathlon i do tego studiować, dzięki programowi na naszej uczelni (IPSPN – przyp. red.).
- W sumie spędzasz poza domem ponad 250 dni na zgrupowaniach, zawodach itp. Nie brakuje Ci czasem, żeby było jeszcze z 50 dni wolnych?
- Bardzo mi brakuje. Tym bardziej, że szczególnie w tym roku to odczułam, kiedy były Igrzyska, absolutnie najważniejsze w ostatnim roku. W kwietniu muszę „ogarnąć” uczelnię, pojechać na rehabilitację, na jakieś wakacje 5,6-dniowe i okazuje się, że ten kwiecień powinien mieć... 50 dni, abym mogła się wyrobić. Brakuje mi tego czasu oczywiście, ale staram się nie zwariować.
- Pytanie na rozluźnienie. Czemu Polki są lepsze niż Polacy w biathlonie?
- Dobre pytanie i często zadawane. Trudno jest mi oceniać moich kolegów z reprezentacji. Część z nich miała takie same warunki do przygotowań, jak my, więc nie upatrywałabym tu błędów trenerskich. Sądzę, że my, cała nasza ekipa, jesteśmy takie twarde i my naprawdę chcemy osiągać sukcesy. Może ciągle czegoś brakuje – u jednych biegania, u innych strzelania, aby osiągać te najlepsze wyniki, ale wydaje mi się, że jesteśmy bardzo mocno zmotywowane i zdeterminowane. Nie wiem, czy takie samo nastawienie reprezentują panowie.
- Od medalu na 7,5 kilometra dzielił Ciebie jeden strzał... Teraz już po czasie czujesz złość?
- Nie czuję złości, ale nie wiem dlaczego mam takie uczucie, że zdarza mi się to już drugi raz. Jakby nie było na Igrzyska czeka się cztery lata i ja się tego medalu pozbyłam na strzelnicy w Vancouver, kiedy też spudłowałam raz, a też mogłam zdobyć srebrny medal. Teraz znowu, jakby historia się powtórzyła i jest mi bardzo przykro, że tak się stało. Czuję się niespełniona po tych Igrzyskach, ale nie jestem ani zła, wściekła, ani też jakaś zdesperowana. Jest mi przykro, że nie wykorzystałam szansy, którą miałam. Inaczej się przegrywa, jak ma się straty minutę, a inaczej się przegrywa jedną rundą karną.
- Może do trzech razy sztuka?
- Być może. Zastanawiałam się, czy jeszcze kontynuować – nazwijmy to – karierę, ale właśnie kibice i nie tylko mówili mi, że do trzech razy sztuka. I w końcu już nie będę się „ocierać”, tylko ten medal zdobędę. Szkoda również sztafety, ale taki jest sport – nieprzewidywalny.
- No właśnie. Czy Ty masz przygodę z biathlonem, czy karierę?
- Do pewnego momentu to była przygoda i dalej staram się to tak traktować. Nie jestem najlepszą biathlonistką na świecie. Wydaje mi się, że mam predyspozycję do tego, żeby jeszcze być jedną z lepszych i chcę po prostu spróbować. Na pewno będę trenować rok, może dwa i jeśli nie nastąpi jakiś przełom, to zrezygnuję. Nie jestem typem osoby, która chce być w kadrze, żeby tylko być, żeby się nazywało, że jestem kadrowiczką. Wymagam od siebie czegoś więcej.

- Wróćmy do Soczi. Temperatury w Soczi utrudniały bieg?
- Bardzo. W ogóle był to szalony pomysł robienia Igrzysk w klimacie subtropikalnym. Warunki były bardzo ciężkie, trasy szalenie trudne i nie do końca wyprofilowane, o czym świadczy ilość upadków profesjonalnych zawodników. Oczywiście, te plusowe temperatury i wysokość nie ułatwiały pracy ani nam, ani tym bardziej serwisowi. Przygotowanie nart na tym dziwnym śniegu było bardzo trudne. Szczególnie źle wspominam bieg na dochodzenie, kiedy miałyśmy problemy techniczne z nartami.
- W Soczi uzyskałaś takie miejsca, jak 10. na 10 km, 31. na 15 km, 19. na 12,5 km, sztafeta – 10. i 7. miejsce w sprincie. Z którego jesteś najbardziej zadowolona?
- Wiadomo, że najbardziej cieszę się z tego sprintu. Reszta wyników była przyzwoita. Bieg w sztafecie, osobiście mój, był bardzo dobry, uzyskałam pierwszy czas na mojej zmianie, więc ten występ uznaję jako udany, ale jakkolwiek finalny wynik nie jest satysfakcjonujący.
- Nie zdobyłaś medalu, ale tak samo mogło powiedzieć 90 zawodniczek, którym również się nie powiodło...
- Oczywiście, dlatego nie czuję się tym jakoś sfrustrowana. Uważam, że była jakaś szansa i nie do końca sama ją wykorzystałam. I zapewne nie ja jedna dzisiaj sobie mogę tak mówić i gdybać. Drugie Igrzyska i drugi raz jestem blisko, ale jeszcze zawsze czegoś brakuje.
- A czujesz się liderką kadry?
- Nie, absolutnie. Nie interesuje mnie coś takiego. Gdybym była liderką Pucharu Świata, to by mogło mnie to interesować. Bycie liderem w reprezentacji to jest sprawa drugorzędna. I fajnie, że ta drużyna jest równa, ponieważ nasza forma to sinusoida. Kiedy Ty masz słabszy dzień, a Twoje koleżanki są na lepszym poziomie, to wszyscy nie skupiają się na Twojej porażce, tylko na tym, że np. Krysia Pałka, Madzia Gwizdoń, albo Monika Hojnisz wystąpiła o wiele lepiej.
- Kiedyś przeczytałem takie zdanie, że gdyby połączyć Wasze wszystkie cechy to mamy biathlonistkę doskonałą i w każdych zawodach podium.
- My jedynie możemy się uczyć od siebie nawzajem i jakby próbować kształtować w sobie cechy, które ma inna koleżanka. Daj Boże, aby się to udało.
- Spełniłaś swoje marzenia w Soczi?
- Nie...
- Nie było medalu, nie ma marzeń zrealizowanych?
- Marzenia dalej są. Marzeniem było zdobycie medalu olimpijskiego. Było blisko, ale niestety się nie udało. Jednak nie czyni mnie to jakąś nieszczęśliwą kobietą.
- Dla Ciebie lepsze było Vancouver czy Soczi?
- W Vancouver to była taka przygoda i szansa. Były to moje pierwsze Igrzyska i ja tam jechałam naprawdę z wielkim podziwem i zachwytem. W Soczi wiedziałam po co chcę jechać i inaczej już trenowałam. Większe też miałam oczekiwania i presję. Także Soczi to było zupełnie coś innego dla mnie jako sportowca. Byłam bardziej świadoma tego wszystkiego, co się może wydarzyć i czym są Igrzyska Olimpijskie.

- Czy ten sezon sprawił, że jesteś lepszą zawodniczką? Wyciągniesz z niego wnioski?
- Jak najbardziej. W biathlonie bardzo często jest tak, że jak rozmawiałam np. z niemieckimi trenerami o mojej postawie w tym roku, to mówią, że zawodnik kiedy zaczyna robić duży postęp biegowy i zaczyna czuć, że może wygrywać, a nie wbijać się do dziesiątki, to bardzo często wtedy mówimy, że „maści się” strzelanie. Czasem potrzeba sezonu lub dwóch by zgrać jedno z drugim. I takie mam zadanie na najbliższy sezon. Mam kilka swoich przemyśleń, jeśli chodzi o plany treningowe, strzeleckie. Zobaczymy, jaki będzie efekt. Każdy sezon czegoś uczy, a ten sezon nauczył mnie szczególnie.
- W porównaniu z innymi sezonami, jesteś z niego zadowolona?
- Dałam z siebie najwięcej, ile potrafiłam, choć w życiu bywało różnie. Generalnie, biorąc pod uwagę klasyfikację końcową, ten sezon był podobny do poprzednich dwóch. Natomiast myślę, że po mnie było częściej widać, że się „ocierałam” o podium, albo o czołową dziesiątkę. Finalnie nie wyszło dużo lepiej, ale gdyby lepiej złożyło się ze strzelaniem, dzisiaj rozmawialibyśmy w innym tonie. Jakkolwiek w tym sezonie zdarzyło się dużo pozytywnych rzeczy, jak choćby Uniwersjada, nowe doświadczenia, coś innego. Czasem atmosfera Pucharu Świata przytłacza, a Uniwersjada wniosła jakby takiej świeżości, czegoś luźniejszego.
- A jak sobie radzisz z opinią publiczną? Czasem są to negatywne głosy, czasem pozytywne.
- Nie powiem, że zawsze wszystko po Tobie spływa, bo pewnie, że są czasem sytuacje, że wiesz dobrze ile lat włożyło się w sport, ile wyrzeczeń to kosztowało, czasem nie wychodzą te starty i ktoś „kopie leżącego”. Ale znalazłam na to bardzo dobre rozwiązanie. Ja tego po prostu nie czytam. Czasem dziennikarze zadadzą agresywne pytania. Często jest również tak, że ludzie, którzy ostro krytykują sportowców, to są tak naprawdę ludzie, którzy nigdy nie podjęli żadnych wyzwań. Dziennikarze na poziomie widzą ogrom starań z naszej strony, ile poświęcamy na to czasu. Jeśli ktoś robi wszystko na 100 procent, jak najlepiej potrafi i zajmuje przykładowo 30. miejsce, to można go „opluć”? Że ma za mały talent? I ludzie nie myślą tymi kategoriami, tylko zapominają o całej idei sportu, tylko liczy się ten, który był pierwszy, a drugi to jest pierwszy przegrany. Tym bardziej mnie to śmieszy, kiedy odwołujemy się do biathlonu, gdzie my nie mamy jakichś wielkich tradycji biathlonowych i nagle ludzie mają oczekiwania wobec nas, jakbyśmy z roku na rok przywozili z głównych imprez złote medale. Musimy popatrzeć realnie na to, kim jesteśmy. Mam świadomość, że jesteśmy małym krajem, jeśli chodzi o liczbę ośrodków treningowych, o poziom szkolenia, o pieniądze, które kładzione są na sport. I nagle czego my oczekujemy? Że będziemy wygrywać z Norweżkami, Rosjankami? To, że nawiązujemy z nimi realną walkę, to jest już sukces. Nie jesteśmy żadną wielką biathlonową potęgą na świecie. W biathlonowym świecie, jeśli ukończymy zawody na 15. miejscu, podchodzą do nas trenerzy z Niemiec, Rosji i gratulują występu. Taka jest prawda, a każdy by chciał, abyśmy regularnie przywozili medale z głównych imprez. Chciałabym, aby ludzie spojrzeli na te wyniki troszkę szerzej. Wykonujemy swoją pracę najlepiej, jak potrafimy.
- Wystartujesz w przyszłym sezonie?
- Tak, zdecydowałam, że w następnym roku będę startować. Maksymalnie dwa lata startów przede mną – tak myślę. Nie mam oczekiwań, że będę takim Bjoerndalenem. Mam oczekiwania dwa, trzy razy stanąć na podium i już zupełnie inaczej się trenuję. Sport to znaczący kawałek życia i coś trzeba będzie robić po nim.
Rozmawiał: Krzysztof Jurak
Weronika Nowakowska-Ziemniak: Pochodzę z Dusznik-Zdroju i tam to się wszystko zaczęło na dobrą sprawę od biegów narciarskich, ale jak dostałam karabin do ręki, to nie było już mowy o powrocie do biegów. Ten sport wciągnął mnie zdecydowanie. Tak jest w sumie z większością biathlonistów, że zaczynali od biegów narciarskich i dostali szansę spróbowania biegania i strzelania. Zawsze powtarzam, że biegi mimo wszystko są dość nudne, a biathlon jest bardzo nieprzewidywalny i przez to taki widowiskowy, fajny. I z zimowych dyscyplin sportowych zdecydowanie najfajniejsza dyscyplina, jaką mogłam sobie wymarzyć.
- A skoki narciarski, które w naszym kraju są popularne?
- Nie, nie jestem fanką skoków. Nie jestem fanką jakichkolwiek rzutów i tego typu sportów. Jestem fanką sportów wytrzymałościowych i zawsze mówię, że gdybym nie uprawiała biathlonu, to pewnie wybrałabym kolarstwo górskie. I jest to jedyna dyscyplina, w której siebie bym widziała, jeśli nie w biathlonie.
- Jesteś pochłonięta biathlonem, co według Ciebie jest ważniejsze w biathlonie: celne oko czy szybkie bieganie?
- Na dobrą sprawę te obydwie sprawy muszą się zazębiać. Sądzę, że aby uzyskać najwyższe sukcesy bez biegania i tylko dobrym strzelaniem, to nie ma takiej możliwości. Więc bieg jest podstawą. Wydaje mi się, że stanowi 70-80 procent sukcesu biathlonisty. Natomiast bez bardzo dobrego strzelania ciężko jest zdobywać medale tak, jak jest w moim wypadku. Bardzo często się o te medale ocieram i zawsze je przegrywam. Dwa razy na Igrzyskach Olimpijskich – 5. w Vancouver, 7. w Soczi. Medale przegrywam niestety na strzelnicy...
- Czy w Polsce dojdzie do takiej sytuacji, że biathlon będzie tak samo popularny, jak w Niemczech czy w Rosji?
- To jest moje wielkie marzenie, aby biathlon stał się bardziej popularny w Polsce. Muszę przyznać szczerze, że jakbym porównywała ilość np. próśb o autografy to nawet jest ich więcej w Niemczech czy w Rosji, bo tam biathlon cieszy się większą popularnością, niż u nas. Nie przeszkadza mi to, aczkolwiek chciałabym, aby w Polsce odbywało się więcej imprez biathlonowych. Nawet na poziomie juniorskim, ale żeby o tym biathlonie było słychać. Wiadomo – podstawą do popularyzacji dyscypliny są wyniki sportowe. Jeszcze parę lat temu nikt nie oglądał biegów narciarskich, a dzisiaj są naszą narodową dyscypliną, tak samo, jak skoki narciarskie. Mam nadzieję, że wszystko przed nami w tej kwestii.
- Odnośnie Pucharu Świata – najlepszy Twój wynik to 8. miejsce w Oberhofie. Liczyłaś na więcej?
- Miałam potencjał na dużo więcej w tym roku, niż osiągnęłam. Nie tylko na Igrzyskach Olimpijskich, ale też w trakcie trwania Pucharu Świata. Tak, jak mówię – wszystko przegrywałam w strzelaniu. Jakby stworzyć analizę mojego biegu, samego biegu, to potrafiłam „kręcić” czas w pierwszej „10”, czwarty, piąty czas biegowy. Także to absolutnie kwalifikowało mnie, aby stawać na podium, a udało mi się jedynie wywalczyć dwukrotnie 8. miejsce czy 9. Ostatecznie jestem w trzydziestce w „generalce”. To będzie jakby zadanie dla mnie na najbliższy sezon, żeby poprawić strzelanie. I uważam, że choćby utrzymując to samo bieganie i podtrzymując strzelanie, co weekend w „10” mogę być.
- Czy to 27. miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata jest dla Ciebie satysfakcjonujące?
- Nie do końca czuję się usatysfakcjonowana. Szczególnie dlatego, że po prostu wiem, iż był potencjał na więcej. Podchodzę tak do sportu, że przynajmniej kiedy wiem, że pokazała 100 procent swoich możliwości i to wystarczyło na 27. miejsce, to mogę być z siebie zadowolona. Wiem, że był potencjał na dużo więcej, a ja sama tego potencjału nie wykorzystałam. Fajnie jest być w gronie 30 najlepszych sportowców na świecie, tym bardziej, że na rzecz Uniwersjady opuściłam jeden z Pucharów Świata, więc też mnie to kosztowało trochę punktów. Miałam również perypetie zdrowotne, więc kilka startów było niezależnie ode mnie bez punktów. Ogólnie, nie jest to zły wynik, a nie jest też jakiś dobry.
- Jak traktowałaś Uniwersjadę? Jakby nie było przyjechałaś rywalizować ze studentami, czasem amatorami...
- Decyzja o tym, że pojadę na Uniwersjadę zapadła już w lipcu, kiedy indywidualnie z trenerem mówiliśmy o celach na przyszły sezon. Oczywiście celem głównym były Igrzyska w Soczi. Natomiast muszę powiedzieć, że tylko raz w swoim życiu reprezentowałam naszą uczelnię na Uniwersjadzie. Przyjechałam spóźniona z Mistrzostw Świata w Korei w 2010 roku i później już było zawsze coś ważniejszego. Stwierdziłam, że jest to ostatnia okazja, żeby reprezentować uczelnię i nie żałuję absolutnie, ponieważ uczelnia też dla mnie dużo zrobiła, bardzo dużo mi pomogła. Sam fakt, że mogę profesjonalnie uprawiać biathlon i do tego studiować, dzięki programowi na naszej uczelni (IPSPN – przyp. red.).
- W sumie spędzasz poza domem ponad 250 dni na zgrupowaniach, zawodach itp. Nie brakuje Ci czasem, żeby było jeszcze z 50 dni wolnych?
- Bardzo mi brakuje. Tym bardziej, że szczególnie w tym roku to odczułam, kiedy były Igrzyska, absolutnie najważniejsze w ostatnim roku. W kwietniu muszę „ogarnąć” uczelnię, pojechać na rehabilitację, na jakieś wakacje 5,6-dniowe i okazuje się, że ten kwiecień powinien mieć... 50 dni, abym mogła się wyrobić. Brakuje mi tego czasu oczywiście, ale staram się nie zwariować.
- Pytanie na rozluźnienie. Czemu Polki są lepsze niż Polacy w biathlonie?
- Dobre pytanie i często zadawane. Trudno jest mi oceniać moich kolegów z reprezentacji. Część z nich miała takie same warunki do przygotowań, jak my, więc nie upatrywałabym tu błędów trenerskich. Sądzę, że my, cała nasza ekipa, jesteśmy takie twarde i my naprawdę chcemy osiągać sukcesy. Może ciągle czegoś brakuje – u jednych biegania, u innych strzelania, aby osiągać te najlepsze wyniki, ale wydaje mi się, że jesteśmy bardzo mocno zmotywowane i zdeterminowane. Nie wiem, czy takie samo nastawienie reprezentują panowie.
- Od medalu na 7,5 kilometra dzielił Ciebie jeden strzał... Teraz już po czasie czujesz złość?
- Nie czuję złości, ale nie wiem dlaczego mam takie uczucie, że zdarza mi się to już drugi raz. Jakby nie było na Igrzyska czeka się cztery lata i ja się tego medalu pozbyłam na strzelnicy w Vancouver, kiedy też spudłowałam raz, a też mogłam zdobyć srebrny medal. Teraz znowu, jakby historia się powtórzyła i jest mi bardzo przykro, że tak się stało. Czuję się niespełniona po tych Igrzyskach, ale nie jestem ani zła, wściekła, ani też jakaś zdesperowana. Jest mi przykro, że nie wykorzystałam szansy, którą miałam. Inaczej się przegrywa, jak ma się straty minutę, a inaczej się przegrywa jedną rundą karną.
- Może do trzech razy sztuka?
- Być może. Zastanawiałam się, czy jeszcze kontynuować – nazwijmy to – karierę, ale właśnie kibice i nie tylko mówili mi, że do trzech razy sztuka. I w końcu już nie będę się „ocierać”, tylko ten medal zdobędę. Szkoda również sztafety, ale taki jest sport – nieprzewidywalny.
- No właśnie. Czy Ty masz przygodę z biathlonem, czy karierę?
- Do pewnego momentu to była przygoda i dalej staram się to tak traktować. Nie jestem najlepszą biathlonistką na świecie. Wydaje mi się, że mam predyspozycję do tego, żeby jeszcze być jedną z lepszych i chcę po prostu spróbować. Na pewno będę trenować rok, może dwa i jeśli nie nastąpi jakiś przełom, to zrezygnuję. Nie jestem typem osoby, która chce być w kadrze, żeby tylko być, żeby się nazywało, że jestem kadrowiczką. Wymagam od siebie czegoś więcej.

- Wróćmy do Soczi. Temperatury w Soczi utrudniały bieg?
- Bardzo. W ogóle był to szalony pomysł robienia Igrzysk w klimacie subtropikalnym. Warunki były bardzo ciężkie, trasy szalenie trudne i nie do końca wyprofilowane, o czym świadczy ilość upadków profesjonalnych zawodników. Oczywiście, te plusowe temperatury i wysokość nie ułatwiały pracy ani nam, ani tym bardziej serwisowi. Przygotowanie nart na tym dziwnym śniegu było bardzo trudne. Szczególnie źle wspominam bieg na dochodzenie, kiedy miałyśmy problemy techniczne z nartami.
- W Soczi uzyskałaś takie miejsca, jak 10. na 10 km, 31. na 15 km, 19. na 12,5 km, sztafeta – 10. i 7. miejsce w sprincie. Z którego jesteś najbardziej zadowolona?
- Wiadomo, że najbardziej cieszę się z tego sprintu. Reszta wyników była przyzwoita. Bieg w sztafecie, osobiście mój, był bardzo dobry, uzyskałam pierwszy czas na mojej zmianie, więc ten występ uznaję jako udany, ale jakkolwiek finalny wynik nie jest satysfakcjonujący.
- Nie zdobyłaś medalu, ale tak samo mogło powiedzieć 90 zawodniczek, którym również się nie powiodło...
- Oczywiście, dlatego nie czuję się tym jakoś sfrustrowana. Uważam, że była jakaś szansa i nie do końca sama ją wykorzystałam. I zapewne nie ja jedna dzisiaj sobie mogę tak mówić i gdybać. Drugie Igrzyska i drugi raz jestem blisko, ale jeszcze zawsze czegoś brakuje.
- A czujesz się liderką kadry?
- Nie, absolutnie. Nie interesuje mnie coś takiego. Gdybym była liderką Pucharu Świata, to by mogło mnie to interesować. Bycie liderem w reprezentacji to jest sprawa drugorzędna. I fajnie, że ta drużyna jest równa, ponieważ nasza forma to sinusoida. Kiedy Ty masz słabszy dzień, a Twoje koleżanki są na lepszym poziomie, to wszyscy nie skupiają się na Twojej porażce, tylko na tym, że np. Krysia Pałka, Madzia Gwizdoń, albo Monika Hojnisz wystąpiła o wiele lepiej.
- Kiedyś przeczytałem takie zdanie, że gdyby połączyć Wasze wszystkie cechy to mamy biathlonistkę doskonałą i w każdych zawodach podium.
- My jedynie możemy się uczyć od siebie nawzajem i jakby próbować kształtować w sobie cechy, które ma inna koleżanka. Daj Boże, aby się to udało.
- Spełniłaś swoje marzenia w Soczi?
- Nie...
- Nie było medalu, nie ma marzeń zrealizowanych?
- Marzenia dalej są. Marzeniem było zdobycie medalu olimpijskiego. Było blisko, ale niestety się nie udało. Jednak nie czyni mnie to jakąś nieszczęśliwą kobietą.
- Dla Ciebie lepsze było Vancouver czy Soczi?
- W Vancouver to była taka przygoda i szansa. Były to moje pierwsze Igrzyska i ja tam jechałam naprawdę z wielkim podziwem i zachwytem. W Soczi wiedziałam po co chcę jechać i inaczej już trenowałam. Większe też miałam oczekiwania i presję. Także Soczi to było zupełnie coś innego dla mnie jako sportowca. Byłam bardziej świadoma tego wszystkiego, co się może wydarzyć i czym są Igrzyska Olimpijskie.

- Czy ten sezon sprawił, że jesteś lepszą zawodniczką? Wyciągniesz z niego wnioski?
- Jak najbardziej. W biathlonie bardzo często jest tak, że jak rozmawiałam np. z niemieckimi trenerami o mojej postawie w tym roku, to mówią, że zawodnik kiedy zaczyna robić duży postęp biegowy i zaczyna czuć, że może wygrywać, a nie wbijać się do dziesiątki, to bardzo często wtedy mówimy, że „maści się” strzelanie. Czasem potrzeba sezonu lub dwóch by zgrać jedno z drugim. I takie mam zadanie na najbliższy sezon. Mam kilka swoich przemyśleń, jeśli chodzi o plany treningowe, strzeleckie. Zobaczymy, jaki będzie efekt. Każdy sezon czegoś uczy, a ten sezon nauczył mnie szczególnie.
- W porównaniu z innymi sezonami, jesteś z niego zadowolona?
- Dałam z siebie najwięcej, ile potrafiłam, choć w życiu bywało różnie. Generalnie, biorąc pod uwagę klasyfikację końcową, ten sezon był podobny do poprzednich dwóch. Natomiast myślę, że po mnie było częściej widać, że się „ocierałam” o podium, albo o czołową dziesiątkę. Finalnie nie wyszło dużo lepiej, ale gdyby lepiej złożyło się ze strzelaniem, dzisiaj rozmawialibyśmy w innym tonie. Jakkolwiek w tym sezonie zdarzyło się dużo pozytywnych rzeczy, jak choćby Uniwersjada, nowe doświadczenia, coś innego. Czasem atmosfera Pucharu Świata przytłacza, a Uniwersjada wniosła jakby takiej świeżości, czegoś luźniejszego.
- A jak sobie radzisz z opinią publiczną? Czasem są to negatywne głosy, czasem pozytywne.
- Nie powiem, że zawsze wszystko po Tobie spływa, bo pewnie, że są czasem sytuacje, że wiesz dobrze ile lat włożyło się w sport, ile wyrzeczeń to kosztowało, czasem nie wychodzą te starty i ktoś „kopie leżącego”. Ale znalazłam na to bardzo dobre rozwiązanie. Ja tego po prostu nie czytam. Czasem dziennikarze zadadzą agresywne pytania. Często jest również tak, że ludzie, którzy ostro krytykują sportowców, to są tak naprawdę ludzie, którzy nigdy nie podjęli żadnych wyzwań. Dziennikarze na poziomie widzą ogrom starań z naszej strony, ile poświęcamy na to czasu. Jeśli ktoś robi wszystko na 100 procent, jak najlepiej potrafi i zajmuje przykładowo 30. miejsce, to można go „opluć”? Że ma za mały talent? I ludzie nie myślą tymi kategoriami, tylko zapominają o całej idei sportu, tylko liczy się ten, który był pierwszy, a drugi to jest pierwszy przegrany. Tym bardziej mnie to śmieszy, kiedy odwołujemy się do biathlonu, gdzie my nie mamy jakichś wielkich tradycji biathlonowych i nagle ludzie mają oczekiwania wobec nas, jakbyśmy z roku na rok przywozili z głównych imprez złote medale. Musimy popatrzeć realnie na to, kim jesteśmy. Mam świadomość, że jesteśmy małym krajem, jeśli chodzi o liczbę ośrodków treningowych, o poziom szkolenia, o pieniądze, które kładzione są na sport. I nagle czego my oczekujemy? Że będziemy wygrywać z Norweżkami, Rosjankami? To, że nawiązujemy z nimi realną walkę, to jest już sukces. Nie jesteśmy żadną wielką biathlonową potęgą na świecie. W biathlonowym świecie, jeśli ukończymy zawody na 15. miejscu, podchodzą do nas trenerzy z Niemiec, Rosji i gratulują występu. Taka jest prawda, a każdy by chciał, abyśmy regularnie przywozili medale z głównych imprez. Chciałabym, aby ludzie spojrzeli na te wyniki troszkę szerzej. Wykonujemy swoją pracę najlepiej, jak potrafimy.
- Wystartujesz w przyszłym sezonie?
- Tak, zdecydowałam, że w następnym roku będę startować. Maksymalnie dwa lata startów przede mną – tak myślę. Nie mam oczekiwań, że będę takim Bjoerndalenem. Mam oczekiwania dwa, trzy razy stanąć na podium i już zupełnie inaczej się trenuję. Sport to znaczący kawałek życia i coś trzeba będzie robić po nim.
Rozmawiał: Krzysztof Jurak
Polecane
Sporty zimowe