"Nie chcę mieszać Ruchu z błotem". Arak żegna się z klasą!
18.09.2017
Arak spędził w Chorzowie tylko rok. Miał problem z wygraniem walki o miejsce w składzie - najpierw musiał konkurować z Mariuszem Stępińskim, by po chwili mieć za rywala Jarosława Niezgodę. Nigdy nie narzekał na swoją sytuację ani w kategoriach sportowych, ani organizacyjnych. A przecież i ta - podobnie jak w przypadku reszty zespołu była nie do pozazdroszczenia.
Arak znalazł się wśród garstki graczy z jako takim doświadczeniem, którzy po spadku Ruchu z Ekstraklasy zdecydowali się zostać przy Cichej. Po ponad dwóch miesiącach zdecydował się jednak - możliwie po cichu - odejść z Chorzowa. W Ruchu nie kryli rozżalenia, zwłaszcza w momencie, w którym piłkarz zakomunikował chęć rozwiązania umowy z winy klubu. - Poza umowami spisanymi, są jeszcze umowy dżentelmeńskie. Z każdym z zainteresowanych zawodników przeprowadziliśmy rozmowy, wszyscy wiedzą dlaczego nie możemy zapłacić, znają nasze propozycje. Te warunki zostały przyjęte a słowo jest dotrzymywane, z jednym wyjątkiem - mówił nam rzecznik "niebieskich" Witold Jajszczok, owym wyjątkiem określając właśnie Araka. - Zarząd jest na mnie zły za odejście, aczkolwiek powiedziałem wprost, jaka jest sytuacja. Czy te argumenty dotarły nie wiem. W niektórych kwestiach jestem zobowiązany do milczenia. Nie chcę też mieszać Ruchu z błotem, bo nie o to chodzi. Doceniam starania obecnego zarządu, który robi wszystko, żeby klub wyszedł z kryzysu. Wierzę, że Ruch za jakiś czas wyjdzie na prostą, trzymam za to kciuki - zapewnia były piłkarz m.in. Legii i Zagłębia Sosnowiec w rozmowie z serwisem 2x45info.
- Nie ma w tym nic fajnego, składanie wniosku do PZPN nie sprawiało mi przyjemności, nie robiłem tego z uśmiechem na twarzy, ale nie miałem wyjścia. Kluby Ekstraklasy interesowały się mną od razu po spadku, Ruch jednak odrzucał oferty. Godziłem się z tym, nie strajkowałem, dawałem z siebie wszystko, ale gdy doszły nowe okoliczności, uznałem, że aż tak poświęcać się nie mogę. Musiałem myśleć o karierze - tłumaczy decyzję Arak.
Swojego podopiecznego najwyraźniej rozumieli w sztabie "niebieskich". Co prawda Krzysztof Warzycha odsunął swojego piłkarza od meczowej kadry słusznie uznając, że napastnik myślami może być już gdzie indziej, ale nie karał go indywidualnymi treningami czy całkowitym odsunięciem od zespołu. - Wiedział, że wkrótce odejdę, a mimo to pozwalał mi cały czas trenować z zespołem, przygotowywał też indywidualną rozpiskę, żebym zachowywał jak najlepszą dyspozycję. Jego asystenci Marcin Molek i Mariusz Szymkiewicz zawsze byli do mojej dyspozycji. Za to im dziękuję. Niejeden trener by się z miejsca obraził i przesunął do rezerw czy juniorów, oni zachowali się z wielką klasą - podkreśla nowy napastnik gdańskiej Lechii.
Arak u progu kariery tylko na chwilę dał się zatem wypchnąć z pociągu o nazwie "Ekstraklasa". W Gdańsku nie będzie miał łatwego zadania. Skoro nie miał ugruntowanej pozycji w broniącym się przed spadkiem Ruchu, trudno będzie mu zostać asem w rywalizacji z Marco Paixao i Grzegorzem Kuświkiem. 4 gole w 33 występach w elicie też nie robią na nikim wrażenia. Z drugiej strony u progu sezonu gdańszczanie zawodzą, a jednym z ich problemów jest słaba skuteczność pod bramką przeciwnika. Paixao to dziś autor 6 z 10 trafień dla drużyny, ale... nie ma konkurencji. Znacznie spadły bowiem notowania znanego przy Cichej Grzegorza Kuświka. Trzecim człowiekiem odpowiedzialnym za strzelanie goli będzie właśnie Arak, i jeśli nawet nie zadebiutuje w dzisiejszym meczu z Jagiellonią, swoje szanse wobec niewielkiej konkurencji na pozycji na pewno dostanie. - Nie zaczynam z automatu jako numer trzy w ataku. Takie hierarchie buduje się głównie w gazetach, trenerzy bardzo rzadko obiecują komuś miejsce w składzie, a nawet jeśli, to gdy ktoś taki zawodzi, prędzej czy później sadzają go na ławce - z optymizmem patrzy w przyszłość Arak, który po raz pierwszy z nowym zespołem trenował w minioną sobotę.
Arak znalazł się wśród garstki graczy z jako takim doświadczeniem, którzy po spadku Ruchu z Ekstraklasy zdecydowali się zostać przy Cichej. Po ponad dwóch miesiącach zdecydował się jednak - możliwie po cichu - odejść z Chorzowa. W Ruchu nie kryli rozżalenia, zwłaszcza w momencie, w którym piłkarz zakomunikował chęć rozwiązania umowy z winy klubu. - Poza umowami spisanymi, są jeszcze umowy dżentelmeńskie. Z każdym z zainteresowanych zawodników przeprowadziliśmy rozmowy, wszyscy wiedzą dlaczego nie możemy zapłacić, znają nasze propozycje. Te warunki zostały przyjęte a słowo jest dotrzymywane, z jednym wyjątkiem - mówił nam rzecznik "niebieskich" Witold Jajszczok, owym wyjątkiem określając właśnie Araka. - Zarząd jest na mnie zły za odejście, aczkolwiek powiedziałem wprost, jaka jest sytuacja. Czy te argumenty dotarły nie wiem. W niektórych kwestiach jestem zobowiązany do milczenia. Nie chcę też mieszać Ruchu z błotem, bo nie o to chodzi. Doceniam starania obecnego zarządu, który robi wszystko, żeby klub wyszedł z kryzysu. Wierzę, że Ruch za jakiś czas wyjdzie na prostą, trzymam za to kciuki - zapewnia były piłkarz m.in. Legii i Zagłębia Sosnowiec w rozmowie z serwisem 2x45info.
- Nie ma w tym nic fajnego, składanie wniosku do PZPN nie sprawiało mi przyjemności, nie robiłem tego z uśmiechem na twarzy, ale nie miałem wyjścia. Kluby Ekstraklasy interesowały się mną od razu po spadku, Ruch jednak odrzucał oferty. Godziłem się z tym, nie strajkowałem, dawałem z siebie wszystko, ale gdy doszły nowe okoliczności, uznałem, że aż tak poświęcać się nie mogę. Musiałem myśleć o karierze - tłumaczy decyzję Arak.
Swojego podopiecznego najwyraźniej rozumieli w sztabie "niebieskich". Co prawda Krzysztof Warzycha odsunął swojego piłkarza od meczowej kadry słusznie uznając, że napastnik myślami może być już gdzie indziej, ale nie karał go indywidualnymi treningami czy całkowitym odsunięciem od zespołu. - Wiedział, że wkrótce odejdę, a mimo to pozwalał mi cały czas trenować z zespołem, przygotowywał też indywidualną rozpiskę, żebym zachowywał jak najlepszą dyspozycję. Jego asystenci Marcin Molek i Mariusz Szymkiewicz zawsze byli do mojej dyspozycji. Za to im dziękuję. Niejeden trener by się z miejsca obraził i przesunął do rezerw czy juniorów, oni zachowali się z wielką klasą - podkreśla nowy napastnik gdańskiej Lechii.
Arak u progu kariery tylko na chwilę dał się zatem wypchnąć z pociągu o nazwie "Ekstraklasa". W Gdańsku nie będzie miał łatwego zadania. Skoro nie miał ugruntowanej pozycji w broniącym się przed spadkiem Ruchu, trudno będzie mu zostać asem w rywalizacji z Marco Paixao i Grzegorzem Kuświkiem. 4 gole w 33 występach w elicie też nie robią na nikim wrażenia. Z drugiej strony u progu sezonu gdańszczanie zawodzą, a jednym z ich problemów jest słaba skuteczność pod bramką przeciwnika. Paixao to dziś autor 6 z 10 trafień dla drużyny, ale... nie ma konkurencji. Znacznie spadły bowiem notowania znanego przy Cichej Grzegorza Kuświka. Trzecim człowiekiem odpowiedzialnym za strzelanie goli będzie właśnie Arak, i jeśli nawet nie zadebiutuje w dzisiejszym meczu z Jagiellonią, swoje szanse wobec niewielkiej konkurencji na pozycji na pewno dostanie. - Nie zaczynam z automatu jako numer trzy w ataku. Takie hierarchie buduje się głównie w gazetach, trenerzy bardzo rzadko obiecują komuś miejsce w składzie, a nawet jeśli, to gdy ktoś taki zawodzi, prędzej czy później sadzają go na ławce - z optymizmem patrzy w przyszłość Arak, który po raz pierwszy z nowym zespołem trenował w minioną sobotę.
Polecane
I liga