Na Cichej trwa liczenie strat. Jak wygląda krajobraz po bitwie?
17.04.2012
Na Cichej lizanie ran potrwa pewnie jeszcze bardzo długo. Na ten moment wiadomo, że konieczne jest naprawienie dwóch bram, przegrody międzysektorowej, wygrodzeń, konstrukcji metalowej i zniszczonych toalet. Ale dalszych strat nikt nie jest w stanie przewidzieć. W końcu na trybunach siedzieli sponsorzy i najwyższe władze miejskie oraz regionalne. Nie wiadomo też, jak zadyma wpłynie na potencjalnych inwestorów. Jest też ryzyko, że stadion zostanie zamknięty, lub zawodnicy będą musieli grać przy pustych trybunach.
Dlaczego do tego doszło, skoro agencja ochrony "Scorpion" wystawiła 280 osób, czyli więcej niż wymagają zapisy ustawy? Ponadto, o godzinie 14:00 wszystkie sektory i toalety zostały sprawdzone przez psy policyjne pod kątem pirotechniki, a godzinę później sprawdzono czy do krzesełek nie jest coś przyklejone.
Race - według informacji dziennika "Sport" -zostały prawdopodobnie przerzucone w reklamówkach od strony ulicy Armii Krajowej. - To delikatna sprawa, ale teraz nie odpowiem na pytanie, czy mamy tutaj do czynienia z "drugim dnem" - Krzysztof Piekarczyk z firmy Scorpion. - Moim zdaniem środki pirotechniczne zostały przyniesione na kilka dni przed meczem. My zaś na co dzień nie mamy możliwości sprawdzania stadionu, z dość kiepskiej jakości ogrodzeniem. Nie chciałbym jednak na gorąco analizować całego zajścia. Nie było ono spontaniczne, a starannie zaplanowane, co na pewno zaskoczyło wszystkich. Faktem jest, że środki pirotechniczne nie powinny się były na stadionie znaleźć, ale na razie trwają nasze ustalenia, w jaki sposób dostały się na obiekt. Niestety, mamy kilku ludzi w szpitalu i to jest w tym wszystkim najgorsze - tłumaczy.
Z tego, co wiadomo na dziś, w szpitalu jest trzech ochroniarzy, w tym jeden ciężko ranny, który prawdopodobnie nie będzie widział na jedno oko. Pozostali mają zranienia kończyn. Policjant trafił do szpitala z raną ciętą głowy. Ucierpiał też jeden z chuliganów, któremu raca wybuchła w rękach.
Dlaczego do tego doszło, skoro agencja ochrony "Scorpion" wystawiła 280 osób, czyli więcej niż wymagają zapisy ustawy? Ponadto, o godzinie 14:00 wszystkie sektory i toalety zostały sprawdzone przez psy policyjne pod kątem pirotechniki, a godzinę później sprawdzono czy do krzesełek nie jest coś przyklejone.
Race - według informacji dziennika "Sport" -zostały prawdopodobnie przerzucone w reklamówkach od strony ulicy Armii Krajowej. - To delikatna sprawa, ale teraz nie odpowiem na pytanie, czy mamy tutaj do czynienia z "drugim dnem" - Krzysztof Piekarczyk z firmy Scorpion. - Moim zdaniem środki pirotechniczne zostały przyniesione na kilka dni przed meczem. My zaś na co dzień nie mamy możliwości sprawdzania stadionu, z dość kiepskiej jakości ogrodzeniem. Nie chciałbym jednak na gorąco analizować całego zajścia. Nie było ono spontaniczne, a starannie zaplanowane, co na pewno zaskoczyło wszystkich. Faktem jest, że środki pirotechniczne nie powinny się były na stadionie znaleźć, ale na razie trwają nasze ustalenia, w jaki sposób dostały się na obiekt. Niestety, mamy kilku ludzi w szpitalu i to jest w tym wszystkim najgorsze - tłumaczy.
Z tego, co wiadomo na dziś, w szpitalu jest trzech ochroniarzy, w tym jeden ciężko ranny, który prawdopodobnie nie będzie widział na jedno oko. Pozostali mają zranienia kończyn. Policjant trafił do szpitala z raną ciętą głowy. Ucierpiał też jeden z chuliganów, któremu raca wybuchła w rękach.
Polecane
Ekstraklasa
Przeczytaj również
07.08.2022
07.08.2022
Główka Paluszka metodą na wicemistrzów