Mateusz Kamiński stracił rok przez przepychanki Górnika z Polonią

05.07.2011
23-letni obrońca nie grał, bo działacze Górnika i Polonii kłócili się o pieniądze. Klub z Bytomia chciał wyszarpać gotówkę od sąsiada zza miedzy. Nie wyszarpał. A Mateusz Kamiński stracił okrągły rok.
A wszystko zaczęło się od tego, że... dobrze grał w GKS-ie Katowice. Został dostrzeżony przez Górnika, który występował wtedy w I lidze. Zabrzanie wypożyczyli Kamińskiego z... Polonii Bytom, bo to formalnie zawodnikiem tego klubu wówczas był. W umowie między oboma klubami zawarto klauzulę, że jeśli zespół z Roosevelta awansuje, to wykupi "Kamyka" z Bytomia. Górnik wywalczył promocję, ale okazało się, że woli stawiać na Mariusza Jopa. Co z wcześniejszą klauzulą? Sęk w tym, że nie zakładała ona, co zrobić, jeśli Górnik zaoferuje Kamińskiemu nowy kontrakt ze śmiesznie małym wynagrodzeniem.

Od tego czasu zaczęła się przepychanka. Górnik odesłał Kamińskiego do Bytomia. Polonia się wzburzyła i zaczęła żądać kilkuset tysięcy złotych. A samemu piłkarzowi zakazała treningów z pierwszym zespołem... Ten ćwiczył więc z Młodą Ekstraklasą lub na własną rękę biegał po lasach, parkach i chodził do siłowni. PZPN łaskawie po wielu miesiącach uwolnił Kamińskiego od obu śląskich klubów. Następnie zaufał mu GKS Katowice. Wczoraj młodzieżowy reprezentant Polski podpisał kontrakt.

12 miesięcy bez meczu o punkty. Nie zapomniał pan grać w piłkę?
- Do góry brzuchem nie leżałem. Zresztą przez dwa ostatnie miesiące trenowałem z GKS-em, miałem styczność z zespołem. Oczywiście, brakuje mi ogrania, tych meczów, które mogłem rozegrać, a które oglądałem z boku.

Był pan w stanie przyglądać się spotkaniom Górnika i Polonii?
- Pojawiałem się na trybunach w Bytomiu czy Katowicach. Oglądałem, jak inni walczą o punkty. Trochę się we mnie gotowało, bolało mnie to, że jestem blokowany i sam nie mogę wybiec na boisko.

Był moment zwątpienia?
- Miałem wsparcie rodziców. Zamiaru rezygnowania z gry w piłkę nie było. Jestem przecież młodym zawodnikiem. Wiedziałem, że to się kiedyś musi kiedyś skończyć. Szkoda tylko, że tak długo musiało to trwać...

Ma pan żal do Górnika, Polonii albo PZPN-u?
- Nie. Nie mam zamiaru obarczać kogoś winą. Stało się, jak się stało. PZPN działa, jak działa. Normalnie powinno to wszystko trwać dzień-dwa. Trwało rok.



Wczoraj podpisał pan kontrakt z GKS-em. To koniec pana katuszy?
- Oby! Głowa jest już spokojniejsza. Przy Bukowej miałem najlepszy okres w trakcie przygody z piłką. Nie mam nic przeciwko, by znów grać tak, jak wtedy, albo i lepiej. Muszę zacisnąć zęby i walczyć o miejsce w składzie, by pokazać, że warto było mi zaufać. Dostałem szansę od działaczy GKS-u. To oni wyciągnęli do mnie pomocną rękę.

Przyglądał się panu Wojciech Stawowy. Nie zdążył podjąć decyzji. Rafał Górak zbyt dużo czasu na ocenę pana możliwości tym bardziej nie miał...
- Dokładnie. Trener widział mnie tylko przez tydzień. Może ostatni sparing sprawił, że podjął decyzję? O ile działacze byli już wcześniej zdecydowali, o tyle ostatnie słowo należało do szkoleniowca. Cieszę się, że wydał pozytywną opinię.

Cel na najbliższe tygodnie?
- Zagrać w meczu o stawkę. A potem małymi kroczkami udowodnić niektórym, że popełnili błąd, zbyt szybko mnie skreślając.

Załóżmy, że wróci pan do wysokiej formy i za rok zgłosi się Górnik Zabrze...
- Musiałbym się długo, długo zastanawiać. Ale... Nie mówmy o tym. Najpierw chcę wskoczyć do składu GKS-u Katowice. Wszystko po kolei.

Rozmawiał Krzysztof Kubicki
autor: Krzysztof Kubicki

Przeczytaj również