Mandrysz: "14 lat temu nie spadliśmy sportowo" [VIDEO]

21.10.2017
Historia zatoczyła koło. Piotr Mandrysz prowadził z ławki chorzowski Ruch podczas ostatnich derbów z "GieKSą" przy Bukowej. -  Nie powinniśmy wtedy przegrać, ale sędziował, pewnie tylko przypadkowo później skazany, Zbigniew Marczyk z Piły - wspomina 55-letni dziś szkoleniowiec. Po 14 latach zasiądzie na ławce katowiczan, otwierając kolejny rozdział prestiżowych starć między obiema ekipami.
Rafał Rusek/PressFocus
- Na Cichą trafił Pan kilkanaście lat temu, jako trener. W sezonie 2002/03 obejmował Pan zespół w trudnej sytuacji, bo w klubie ogólnie źle się działo.
- Działo się niedobrze już wcześniej. Ta obecna sytuacja to wciąż - niestety - pokłosie wieloletnich niedociągnięć. Ja przychodząc do Chorzowa o tym nie wiedziałem. Ale sama decyzja o podjęciu się wtedy pracy trenera Ruchu była dla mnie łatwa. Jako mieszkaniec Śląska po 2,5 letnim pobycie poza domem cieszyłem się, że codziennie będę mógł być wśród najbliższych. Ale gdybym znał sytuację panującą w klubie, nie podjąłbym się tej roli. Przedstawienie ówczesnej sytuacji w klubie przez prezesa Krystiana Rogalę znacznie mijało się z rzeczywistością.

- W jakim sensie?
- Sytuacja od początku nie była komfortowa. Po pierwsze zespół grał poniżej oczekiwań, bo to przecież wtedy dochodzi do zmian szkoleniowców, a po drugie problemy ekonomiczne nasilały się z każdym miesiącem. Przeżyłem to na własnej skórze, a nie jest żadną tajemnicą że osoby pracujące w Chorzowie przede mną do dziś się z klubem procesują.  To nie są łatwe sprawy i chluby klubowi nie przynoszą. Efekt końcowy był wypadkową ówczesnej sytuacji, oraz rozpleniającej się korupcji. Bo nawet mimo złej sytuacji ekonomicznej, to w obecnych czasach zespół Ruchu by z ligi nie spadł, bo sportowo byśmy się obronili. Niestety, wtedy nie decydował tylko sport, ale inne rzeczy i to po latach wyszło. A ja mówiłem o tym wtedy, co traktowano jako próbę tłumaczenia się przeze mnie z niepowodzeń drużyny. Cieszę się, że po tamtym spadku Ruch wrócił do elity, choć wiemy że w kolejnym sezonie cudem ratował byt na jej zapleczu. A to też pokazywało skalę problemu z jakim Ruch się borykał. Szkoda, że teraz sytuacja Ruchu znowu jest niełatwa, ale wierzę że on z tego wyjdzie, czego jako rodowity Ślązak szczerze im życzę.

- Pan też po latach wspominał, że Ruch wciąż ma jeszcze wobec Pana zaległości. To już przeszłość?
- Tak, wszystkie zaległości w stosunku do mnie zostały spłacone. To zasługa Pana Mariusza Klimka, który po objęciu Ruchu się ze mną rozliczył, choć pewnie też nie miał wyboru bo miałem wyrok sądu na ręce. Ale nie chcę do tego wracać. Zarzucano mi wtedy, że się o swoje upominam. Ja uważam, że każdy powinien dostać wynagrodzenie za swoją pracę. Moja sprawa została zamknięta szybko przez Pana Klimka, który wykazał daleko idącą chęć wywiązania się z zobowiązań które Ruch miał wobec mnie, a ja okazałem daleko idącą uległość rezygnując z wszelkich odsetek. Reasumując: po latach, ale dostałem wszystko.

- Zaczynając pracę w Ruchu obejmował Pan zespół mocny charakterologicznie. Najgłośniej było wtedy o Mariuszu Śrutwie, który na pewien czas... odszedł z Pana drużyny.
- I jest dobra okazja by to wyjaśnić. Mariusz zawsze był wygadaną osobą, mającą dużo do powiedzenia. Tak samo było gdy ja trafiłem na stanowisko I trenera. Wcześniej Mariusz był grającym asystentem trenera Oresta Lenczyka podobnie jak Marek Wleciałowski. Marek pozostał przy tej funkcji również u mnie, a Mariusz z tego zrezygnował. Kiedy trafiałem do Ruchu dostałem jasny przekaz od kierownictwa klubu, że po rundzie jesiennej z Mariuszem Śrutwą nie będzie przedłużony jego wygasający kontrakt. Zimą stało się to faktem. Oczywiście informacje wysyłane przez klub w przestrzeń medialną często rozmijają się z rzeczywistością. Ruch poinformował, że Mariusz nie dogadał się z klubem co nie było prawdą. Śrutwa zadeklarował, że będzie grał w Chorzowie za najniższą krajową, ale działacze i tak na to nie przystali. Mariusz kontynuował treningi w Rozwoju Katowice u swojego przyjaciela, Darka Fornalaka. Kiedy wiosną sytuacja zrobiła się podbramkowa klub przeprosił się z Mariuszem, on do nas wrócił i mocno nam pomógł. W jednym ze spotkań strzelił gola, w innym... "wyrąbał" drzwi w szatani po czerwonej kartce. Był osobą bardzo charakterną.

- Uważa Pan, że z Mariuszem w składzie wiosną punktowalibyście lepiej i ostatecznie udałoby się utrzymać w lidze? Zabrakło Wam do tego raptem punktu.
- Tak, tym jednym punktem Szczakowianka doczołgała się do baraży. Ale nie uważam, że z Mariuszem byśmy się utrzymali, uważam, że również bez niego sportowo byśmy nie spadli. Bo my nie spadliśmy sportowo, tylko w wyniku spraw które wyszły później. O Szczakowiance nie ma sensu nawet mówić, z nimi zresztą debiutowałem na ławce Ruchu. Długo remisowaliśmy 2:2, dopiero w końcówce czerwoną kartkę dostał Marek Wleciałowski i w osłabieniu straciliśmy 4 bramki.

- Mimo spadku wyrzuciliście z pucharów Legię.
- Przypomnę, że jesienią u siebie potrafiliśmy ich ograć, na wyjeździe zremisowaliśmy 3:3. Tyle, że ten remis nic nam już nie dawał, bo owszem - Legię wyrzucił z pucharów, ale było wiadomo że nam utrzymanie przy Łazienkowskiej zapewni jedynie zwycięstwo. Ostatnią kolejkę oglądaliśmy przed telewizorami, bo borykająca się z problemami Pogoń Szczecin nie przyjechała do Chorzowa. Zatem mecz, który miał kończyć moją pracę w Chorzowie nie doszedł nawet do skutku.

- Gdyby Ruch się wtedy utrzymał Pan zostałby przy Cichej?
- Nie, bo źle się pracuje w klubie w którym się nie płaci. Odszedłbym natomiast w przyjemniejszych okolicznościach. Ale Chorzów wspominam bardzo mile, zwłaszcza spotykając osoby z czasów w których tam pracowałem. Rysiu Kołodziejczyk był trenerem bramkarzy również za mojej kadencji. Ciepło wspominam Panią Renię od sprzętu, Paulka od przygotowania boiska. Wspaniali ludzie, potrafiący ocenić rzeczywistość w obiektywny sposób.

- Pan był bliski tego, by w Ruchu nawet grać?
- Tak, w 1989 roku tuż po ostatnim tytule zdobytym przez Ruch pod wodzą śp. Jurka Wyrobka. Byłem wtedy graczem ROW-u Rybnik. Wszystkie szczegóły mojego kontraktu w Chorzowie były już dogadane, byłem nawet na obozie z drużyną, m.in. z "Guciem" Warzychą. Niestety, nie było nam dane razem zagrać. Tak się złożyło, że zerwałem mięsień prosty uda. W tamtych czasach diagnoza nie była tak prostą sprawą jak dziś. To była moja jedyna poważna kontuzja w życiu, akurat wtedy gdy jedną nogą byłem już w Ruchu. Spełniłoby się wtedy moje marzenie zagrania w Ekstraklasie, a przez rok leczenia urazu trzeba było to odłożyć. W tym czasie "Gucio" zdążył wyjechać do Grecji i nie było mi dane zagrać z nim w jednej drużynie, zmierzymy się za to w innej roli. Szkoda tego czasu, teraz widać jak się starzejemy.

- Historia zatacza koło. Ruch przyjedzie na Bukową po raz pierwszy od ponad 14 lat. Teraz poprowadzi Pan "GieKSę", a w tym ostatnim meczu siedział Pan na ławce "Niebieskich". Pamięta Pan tamten mecz?
- Oczywiście! Nie powinniśmy wtedy przy Bukowej przegrać. A przegraliśmy po bramce Jacka Kowalczyka, który uderzył piłkę nogą mając ją na wysokości głowy takiego drobnego obrońcy jakim był Jacek Matyja (192 cm wzrostu - przyp. red). Powinien być odgwizdany faul i rzut wolny pośredni dla nas, ale sędziował ten mecz - pewnie tylko przypadkowo później skazany - Zbigniew Marczyk z Piły.


- Teraz zagra Pan o trzy punkty dla GKS-u. Czuć już przy Bukowej tą derbową atmosferę?
- Tak, o tym jaki to gatunek meczu mieliśmy już okazję przekonać przekonać się kilkanaście dni temu. Wszyscy na to spotkanie czekają, podkreślają jego rangę. Oczywiście ta ranga jest duża, ale punkty na boisku jak zwykle leżą trzy. I tak właśnie do tego meczu podchodzimy. Zaprzątamy sobie nim głowę dopiero od środowego wieczoru i wygranej ze Stomilem. Cztery dni to może nie jest dużo czasu na regenerację, ale wystarczająco by podzielić się z drużyną wiedzą o przeciwniku. Mam nadzieję, że moi piłkarze będą grali po męsku i twardo, ale w ramach obowiązujących przepisów. Wierzę, że moi chłopcy staną na wysokości zadania. Życzyłbym sobie, by podobna atmosfera panowała na trybunach oraz wokół naszego obiektu.

autor: Łukasz Michalski

Przeczytaj również