Komplet przy Bukowej. Kibice pomogli... Ruchowi
23.10.2017
Była 77 minuta meczu. Ruch Chorzów kilka minut wcześniej stracił gola i - niczym obijany w ringu bokser - zdawał się słaniać na nogach, desperacko broniąc topniejącej przewagi nad rywalem. To był bodaj jedyny moment tego spotkania w którym "Niebiescy" wyraźnie stracili kontrolę nad boiskowymi wydarzeniami. Katowiczanie, dążąc do choćby remisu momentami zamykali hokejowy zamek, ale przerwali im... zgromadzeni na "Blaszoku", mający ochotę na własne show kibice. - Nasza gra nabrała płynności, przewaga była coraz większa. Gdy chwyciliśmy w końcu przeciwnika za gardło w najmniej oczekiwanym momencie sędzia przerwał mecz. Na pewno nam to nie pomogło, a pomogło zespołowi gości - komentował trener GKS-u, Piotr Mandrysz.
Przerwa potrwała około 7 minut. Tyle wystarczyło gościom na zebranie sił, uzupełnienie płynów, wysłuchanie kilku wskazówek od sztabu i... uspokojenie gry. Kiedy jedni i drudzy wyszli na boisko, do końca regulaminowego czasu pozostawało raptem kilka minut. Arbiter doliczył kolejne 9, ale defensywa "Niebieskich" pracowała już na tyle solidna, że choć katowiczanie wciąż przesiadywali na ich połowie, kompletnie nic dla nich z tego nie wynikało. - Na pewno przed tą przerwą rywal miał dużą przewagę. Często tak bywa, że kibice chcą pomóc drużynie, a odnoszą odwrotny skutek. Kibice GKS-u zadymiając boisko ułatwili nam zadanie - przyznawał Juan Ramon Rocha, trener Ruchu.
W język gryźli się za to piłkarze GKS-u. - Nie mówmy o tym. Całą drugą odsłonę siedzieliśmy na połowie Ruchu. za to początek mieliśmy bardzo nerwowy. Pierwsza, bardzo przypadkowa bramka też nam nie pomogła. Do tego czasu może nie graliśmy rewelacyjnie, ale raczej wszystko kontrolowaliśmy. A po tym golu Ruch mógł się cofnąć i zmusić nas do większego otwarcia się - oceniał Dawid Plizga. - Nie popisaliśmy się, ale o tym że przegraliśmy zaważyła pierwsza połowa. Strzał po którym Ruch objął prowadzenie faktycznie wyglądał na przypadkowy, ale nie zgodzę się, że to ten gol podciął nam skrzydła. Gra w pierwszej połowie ogólnie nam się nie kleiła, a trafienie Posinkovicia to też była wypadkowa wcześniejszych wydarzeń w meczu, można było tą piłkę szybciej wybić i nie byłoby całej tej sytuacji - przekonywał Sebastian Nowak.
Przerwa potrwała około 7 minut. Tyle wystarczyło gościom na zebranie sił, uzupełnienie płynów, wysłuchanie kilku wskazówek od sztabu i... uspokojenie gry. Kiedy jedni i drudzy wyszli na boisko, do końca regulaminowego czasu pozostawało raptem kilka minut. Arbiter doliczył kolejne 9, ale defensywa "Niebieskich" pracowała już na tyle solidna, że choć katowiczanie wciąż przesiadywali na ich połowie, kompletnie nic dla nich z tego nie wynikało. - Na pewno przed tą przerwą rywal miał dużą przewagę. Często tak bywa, że kibice chcą pomóc drużynie, a odnoszą odwrotny skutek. Kibice GKS-u zadymiając boisko ułatwili nam zadanie - przyznawał Juan Ramon Rocha, trener Ruchu.
W język gryźli się za to piłkarze GKS-u. - Nie mówmy o tym. Całą drugą odsłonę siedzieliśmy na połowie Ruchu. za to początek mieliśmy bardzo nerwowy. Pierwsza, bardzo przypadkowa bramka też nam nie pomogła. Do tego czasu może nie graliśmy rewelacyjnie, ale raczej wszystko kontrolowaliśmy. A po tym golu Ruch mógł się cofnąć i zmusić nas do większego otwarcia się - oceniał Dawid Plizga. - Nie popisaliśmy się, ale o tym że przegraliśmy zaważyła pierwsza połowa. Strzał po którym Ruch objął prowadzenie faktycznie wyglądał na przypadkowy, ale nie zgodzę się, że to ten gol podciął nam skrzydła. Gra w pierwszej połowie ogólnie nam się nie kleiła, a trafienie Posinkovicia to też była wypadkowa wcześniejszych wydarzeń w meczu, można było tą piłkę szybciej wybić i nie byłoby całej tej sytuacji - przekonywał Sebastian Nowak.
Polecane
I liga