Komornicki: W Zabrzu działacze chcieli wielkiego Górnika z pustą kasą
04.11.2013
Co się dziś dzieje z Ryszardem Komornickim? Po pana odejściu z Górnika słuch po panu zaginął...
Ryszard Komornicki: Wracam właśnie z meczu mojego zespołu. Pracuję obecnie w kantonie włosko-szwajcarskiej, w drugoligowym FC Chiasso.
Jest to wyzwanie na miarę pana oczekiwań?
- Na pewno moje ambicje są większe. Pewien zbieg okoliczności sprawił, że podjąłem się tego wyzwania. Jest to praca trochę syzyfowa, bo i organizacja w klubie pozostawia wiele do życzenia, ale jakby nie było jestem jednym z 20 czołowych trenerów w Szwajcarii, bo tyle jest klubów ligowych. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Nie jest to szczytem moich marzeń trenerskich, ale pracuję w zawodzie i to mnie cieszy. Przejąłem drużynę w trudnej sytuacji i próbuję ją z tego dołka wyciągnąć.
Ostatnimi czasy pana nazwisko przewijało się w charakterze angażu w Bundeslidze. Coś jednak nie wypaliło...
- Miałem w tej sprawie kilka spotkań, ale nie doszło do podpisania kontraktu z różnych przyczyn. W Niemczech, jak się nie grało i nie ma się nazwiska, to trzeba pracować zagranicą w silniejszych klubach, by mieć szanse na angaż. W dwóch przypadkach miałem dogadane warunki, ale klub nie chciał płacić za mnie sumy odstępnego aktualnemu pracodawcy i o to się wszystko rozbijało. Niemcy, to mój docelowy kraj i nie mówię być może o 1. Bundeslidze, ale na pewno druga czy trzecia, to byłoby fajne wyzwanie.
W outsiderze 2. Bundesligi pracował niedawno Franciszek Smuda i na tym się przejechał.
- Jestem w podobnej do "Franza" sytuacji w Chiasso. Czytam te wszystkie dyskusje na temat trenerów, ale nasz zawód dobrze ubiera w słowa porzekadło, że z pustego i Salomon nie naleje. Wyniki, to składna wielu czynników, których w wielu klubach brakuje. Podjąłem się pracy w moim obecnym klubie, bo zainspirowała mnie kultura. Jest to włoskojęzyczna część Szwajcarii, uczę się nowego języka, nowej mentalności i zyskuję nowe kontakty. Postanowiłem sobie jednak już teraz, że prędzej skończę karierę trenerską, jeśli miałbym się brać za trenowanie zespołu, który jest już na dnie, bez perspektyw na utrzymanie, a takiej roli był Smuda.
Pana umowa umożliwia dziś panu odejście do lepszego klubu bez kwoty odstępnego?
- Mogę odejść w każdej chwili. Podjąłem się tej pracy, bo zadzwonił do mnie znajomy i poprosił o pomoc. Podobnie było rok temu w FC Wohlen. Drużyna była w opłakanym stanie, teraz się wszystko normalizuje. Być może nie jest jeszcze doskonale, ale jak przychodziłem, to ten zespół po siedmiu meczach miał na koncie jeden punkt, a dziś po czternastu ma osiem. Progres jest widoczny i myślę, że w rundzie rewanżowej ta drużyna będzie wyglądała lepiej. Powiem panu szczerze, że mnie już nie interesuje rola strażaka, bo już mam dość gaszenia pożarów. Chciałbym pracować w klubie, w którym będę mógł realizować swoją koncepcję budowy zespołu. Potrzebuję odpowiednich zawodników, których sam sobie dobieram i sam biorę za nich odpowiedzialność. Nie lubię, kiedy drużynę buduje mi prezes, dyrektor sportowy czy dziennikarze. Chciałbym choć raz popracować tak, że da mi ktoś budżet, szansę budowy drużyny i wymagał będzie wyniku. Do takiego klubu dostać się jest bardzo ciężko.
Rola strażaka pana nie interesuje, ale jest niewielki pożar do ugaszenia w Zabrzu, gdzie trenera szuka Górnik.
- Powiem panu, że byłem tam trenerem dwa razy i nawet jakbym dziś otrzymał ofertę, to bym jej nie przyjął. Grałem w tym klubie w innych czasach, gdy panowała inna mentalność i inni ludzie. Kiedy przychodziłem jako trener, to wszystko wyglądało inaczej. Czułem się po prostu źle. Ten klub na pewno zostanie w mojej pamięci, jako piłkarza, ale do tego co się działo w Zabrzu za mojej pracy trenerskiej nie mam ochoty wracać i chcę jak najszybciej o tym zapomnieć.
Zraził się pan do piłkarzy, których Adam Nawałka przez cztery lata swojej pracy stopniowo się z klubu pozbywał, budując zespół, który nie stroni od ciężkiej pracy.
- Jestem trenerem, który lubi pracować z ludźmi. Bez pracy nie ma sukcesów i nie oszukujmy się, że jest inaczej. Adam Nawałka przejął klub po mnie i wiemy wszyscy, jak się męczył z drużyną, którą ja także miałem do dyspozycji. Potem udało mu sie te klocki poukładać po swojemu. Nie robiłbym z siebie trenerskiego kata. Ja mam swoją filozofię, która jest tak prosta, że prostsza być nie może. Ludzie, którzy chcą pracować uczciwie, chcą walczyć i robić wynik, to ludzie, z którymi jest mi po drodze. Jak nie masz serca do grania, to nie ma dla ciebie miejsca w mojej drużynie. Jestem zawodowcem kiedy wstaję i jak kładę się spać. Tego samego oczekuję od moich piłkarzy.
Praca z wiceliderem T-Mobile Ekstraklasy nie stanowi dla pana wyzwania?
- Po Adamie Nawałce drużynę przejmować jest... niebezpiecznie. Trudno byłoby z zespołem zrobić więcej, niż zrobił jego poprzedni trener. Dla mnie nie jest to temat, który by mnie palił. Kontakt z klubami mam, podobnie jak z ludźmi, którzy w polskiej piłce pracują. Z Zabrza do mnie nie dzwonili, bo zmieniłem numer telefonu (śmiech).
A gdyby zadzwonili?
- Wiadomo, że trener to zawód, w którym nie ma miejsca dla wybrednych. Dostajesz ofertę i jeśli jej nie przyjmiesz, to tę prace weźmie ktoś inny. Trzeba szanować to, co się ma i łapać się każdego zajęcia. A później, kiedy drużynie nie idzie, to zawsze winny jest trener. Moim marzeniem jest praca w klubie, gdzie miałbym komfort pracy. Nie chciałbym się kłócić z działaczami czy zawodnikami. Nie lubię konfliktów. Ja chciałbym mieć w drużynie harmonię, a niestety w Zabrzu dwa razy było tak, że były obiecanki-cacanki, a potem musiałem ja swoją głową odpowiadać za błędy, jakie wszyscy w tym klubie popełnili, od prezesa począwszy.
Jest pan rozgoryczony, że tak się to wszystko potoczyło?
- Nie żałuję, że dwa razy byłem trenerem Górnika, bo to był "mój" klub. Za każdym razem kiedy do Zabrza przychodziłem, to miałem problem z wyimaginowaną wizją działaczy, którzy chcieli wielkiego Górnika z pustą kasą. To oni nagotowali bigosu. Próbowałem to wszystko naprostować i byłem na dobrej drodze, ale - niestety - jak się drużynie nie płaci cztery miesiące, to nie wiem czy można z tego czerpać motywację. Potem wymyślano jakieś konflikty, a ja żadnych konfliktów z zawodnikami nie miałem. No, może z jednym, ale żeby tego człowieka nazwać zawodnikiem, to raczej bym się nie odważył.
Ma pan na myśli Roberta Szczota.
- Nie będę mówił po nazwisku, bo ja temu chłopakowi dobrze życzę. W Górniku zrobiła się taka sytuacja, że miałem w szatni trzy drużyny. Dlatego też mam żal do klubu i powiedziałem, że moja noga w tym mieście ani na stadionie nie postanie. Nie chcę mieć z klubem nic wspólnego, ani teraz, ani później. Nawet jeśli chcieliby mi wręczyć jakiś medal za zasługi, to raczej się nie pojawię. Straciłem zaufanie do ludzi, którzy tam rządzą.
Zarząd klubu odpowiadał za politykę kadrową, ale pieniądze mieli wykładać sponsorzy.
- Powiem panu, że nie wierzę, że w tak dużym mieście jak Zabrze, dla tak wielkiego klubu jak Górnik nie można znaleźć sponsora. W pewnym momencie w tym mieście wszyscy się od klubu odwrócili i zatracili śląską mentalność. Ona mówi, że oddam wszystko dla swojego, żeby było i mu, i mnie dobrze. W klubie tego nie było, a każdy patrzył tylko na to, żeby czerpać z tego osobiste korzyści.
Rozmawiał Marcin Ziach
Ryszard Komornicki: Wracam właśnie z meczu mojego zespołu. Pracuję obecnie w kantonie włosko-szwajcarskiej, w drugoligowym FC Chiasso.
Jest to wyzwanie na miarę pana oczekiwań?
- Na pewno moje ambicje są większe. Pewien zbieg okoliczności sprawił, że podjąłem się tego wyzwania. Jest to praca trochę syzyfowa, bo i organizacja w klubie pozostawia wiele do życzenia, ale jakby nie było jestem jednym z 20 czołowych trenerów w Szwajcarii, bo tyle jest klubów ligowych. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Nie jest to szczytem moich marzeń trenerskich, ale pracuję w zawodzie i to mnie cieszy. Przejąłem drużynę w trudnej sytuacji i próbuję ją z tego dołka wyciągnąć.
Ostatnimi czasy pana nazwisko przewijało się w charakterze angażu w Bundeslidze. Coś jednak nie wypaliło...
- Miałem w tej sprawie kilka spotkań, ale nie doszło do podpisania kontraktu z różnych przyczyn. W Niemczech, jak się nie grało i nie ma się nazwiska, to trzeba pracować zagranicą w silniejszych klubach, by mieć szanse na angaż. W dwóch przypadkach miałem dogadane warunki, ale klub nie chciał płacić za mnie sumy odstępnego aktualnemu pracodawcy i o to się wszystko rozbijało. Niemcy, to mój docelowy kraj i nie mówię być może o 1. Bundeslidze, ale na pewno druga czy trzecia, to byłoby fajne wyzwanie.
W outsiderze 2. Bundesligi pracował niedawno Franciszek Smuda i na tym się przejechał.
- Jestem w podobnej do "Franza" sytuacji w Chiasso. Czytam te wszystkie dyskusje na temat trenerów, ale nasz zawód dobrze ubiera w słowa porzekadło, że z pustego i Salomon nie naleje. Wyniki, to składna wielu czynników, których w wielu klubach brakuje. Podjąłem się pracy w moim obecnym klubie, bo zainspirowała mnie kultura. Jest to włoskojęzyczna część Szwajcarii, uczę się nowego języka, nowej mentalności i zyskuję nowe kontakty. Postanowiłem sobie jednak już teraz, że prędzej skończę karierę trenerską, jeśli miałbym się brać za trenowanie zespołu, który jest już na dnie, bez perspektyw na utrzymanie, a takiej roli był Smuda.
Pana umowa umożliwia dziś panu odejście do lepszego klubu bez kwoty odstępnego?
- Mogę odejść w każdej chwili. Podjąłem się tej pracy, bo zadzwonił do mnie znajomy i poprosił o pomoc. Podobnie było rok temu w FC Wohlen. Drużyna była w opłakanym stanie, teraz się wszystko normalizuje. Być może nie jest jeszcze doskonale, ale jak przychodziłem, to ten zespół po siedmiu meczach miał na koncie jeden punkt, a dziś po czternastu ma osiem. Progres jest widoczny i myślę, że w rundzie rewanżowej ta drużyna będzie wyglądała lepiej. Powiem panu szczerze, że mnie już nie interesuje rola strażaka, bo już mam dość gaszenia pożarów. Chciałbym pracować w klubie, w którym będę mógł realizować swoją koncepcję budowy zespołu. Potrzebuję odpowiednich zawodników, których sam sobie dobieram i sam biorę za nich odpowiedzialność. Nie lubię, kiedy drużynę buduje mi prezes, dyrektor sportowy czy dziennikarze. Chciałbym choć raz popracować tak, że da mi ktoś budżet, szansę budowy drużyny i wymagał będzie wyniku. Do takiego klubu dostać się jest bardzo ciężko.
Rola strażaka pana nie interesuje, ale jest niewielki pożar do ugaszenia w Zabrzu, gdzie trenera szuka Górnik.
- Powiem panu, że byłem tam trenerem dwa razy i nawet jakbym dziś otrzymał ofertę, to bym jej nie przyjął. Grałem w tym klubie w innych czasach, gdy panowała inna mentalność i inni ludzie. Kiedy przychodziłem jako trener, to wszystko wyglądało inaczej. Czułem się po prostu źle. Ten klub na pewno zostanie w mojej pamięci, jako piłkarza, ale do tego co się działo w Zabrzu za mojej pracy trenerskiej nie mam ochoty wracać i chcę jak najszybciej o tym zapomnieć.
Zraził się pan do piłkarzy, których Adam Nawałka przez cztery lata swojej pracy stopniowo się z klubu pozbywał, budując zespół, który nie stroni od ciężkiej pracy.
- Jestem trenerem, który lubi pracować z ludźmi. Bez pracy nie ma sukcesów i nie oszukujmy się, że jest inaczej. Adam Nawałka przejął klub po mnie i wiemy wszyscy, jak się męczył z drużyną, którą ja także miałem do dyspozycji. Potem udało mu sie te klocki poukładać po swojemu. Nie robiłbym z siebie trenerskiego kata. Ja mam swoją filozofię, która jest tak prosta, że prostsza być nie może. Ludzie, którzy chcą pracować uczciwie, chcą walczyć i robić wynik, to ludzie, z którymi jest mi po drodze. Jak nie masz serca do grania, to nie ma dla ciebie miejsca w mojej drużynie. Jestem zawodowcem kiedy wstaję i jak kładę się spać. Tego samego oczekuję od moich piłkarzy.
Praca z wiceliderem T-Mobile Ekstraklasy nie stanowi dla pana wyzwania?
- Po Adamie Nawałce drużynę przejmować jest... niebezpiecznie. Trudno byłoby z zespołem zrobić więcej, niż zrobił jego poprzedni trener. Dla mnie nie jest to temat, który by mnie palił. Kontakt z klubami mam, podobnie jak z ludźmi, którzy w polskiej piłce pracują. Z Zabrza do mnie nie dzwonili, bo zmieniłem numer telefonu (śmiech).
A gdyby zadzwonili?
- Wiadomo, że trener to zawód, w którym nie ma miejsca dla wybrednych. Dostajesz ofertę i jeśli jej nie przyjmiesz, to tę prace weźmie ktoś inny. Trzeba szanować to, co się ma i łapać się każdego zajęcia. A później, kiedy drużynie nie idzie, to zawsze winny jest trener. Moim marzeniem jest praca w klubie, gdzie miałbym komfort pracy. Nie chciałbym się kłócić z działaczami czy zawodnikami. Nie lubię konfliktów. Ja chciałbym mieć w drużynie harmonię, a niestety w Zabrzu dwa razy było tak, że były obiecanki-cacanki, a potem musiałem ja swoją głową odpowiadać za błędy, jakie wszyscy w tym klubie popełnili, od prezesa począwszy.
Jest pan rozgoryczony, że tak się to wszystko potoczyło?
- Nie żałuję, że dwa razy byłem trenerem Górnika, bo to był "mój" klub. Za każdym razem kiedy do Zabrza przychodziłem, to miałem problem z wyimaginowaną wizją działaczy, którzy chcieli wielkiego Górnika z pustą kasą. To oni nagotowali bigosu. Próbowałem to wszystko naprostować i byłem na dobrej drodze, ale - niestety - jak się drużynie nie płaci cztery miesiące, to nie wiem czy można z tego czerpać motywację. Potem wymyślano jakieś konflikty, a ja żadnych konfliktów z zawodnikami nie miałem. No, może z jednym, ale żeby tego człowieka nazwać zawodnikiem, to raczej bym się nie odważył.
Ma pan na myśli Roberta Szczota.
- Nie będę mówił po nazwisku, bo ja temu chłopakowi dobrze życzę. W Górniku zrobiła się taka sytuacja, że miałem w szatni trzy drużyny. Dlatego też mam żal do klubu i powiedziałem, że moja noga w tym mieście ani na stadionie nie postanie. Nie chcę mieć z klubem nic wspólnego, ani teraz, ani później. Nawet jeśli chcieliby mi wręczyć jakiś medal za zasługi, to raczej się nie pojawię. Straciłem zaufanie do ludzi, którzy tam rządzą.
Zarząd klubu odpowiadał za politykę kadrową, ale pieniądze mieli wykładać sponsorzy.
- Powiem panu, że nie wierzę, że w tak dużym mieście jak Zabrze, dla tak wielkiego klubu jak Górnik nie można znaleźć sponsora. W pewnym momencie w tym mieście wszyscy się od klubu odwrócili i zatracili śląską mentalność. Ona mówi, że oddam wszystko dla swojego, żeby było i mu, i mnie dobrze. W klubie tego nie było, a każdy patrzył tylko na to, żeby czerpać z tego osobiste korzyści.
Rozmawiał Marcin Ziach
Polecane
Ekstraklasa
Przeczytaj również
07.08.2022
07.08.2022
Główka Paluszka metodą na wicemistrzów