Justyna Kowalczyk przed Tour de Ski: Nie jadę po honor, chcę dobrze biegać

28.12.2012
Już jutro najlepsze biegaczki świata rozpoczną zmagania w kolejnej edycji Tour de Ski. Czy prestiżowe zawody po raz czwarty w karierze wygra Justyna Kowalczyk? W ostatnich dniach szanse Polki wzrosły.
Wszystko za sprawą wycofania się największej rywalki - Marit Bjoergen. Nie oznacza to jednak, że Kowalczyk może liczyć na łatwe zwycięstwo. Współpracę na trasie zapowiadają Norweżki. - Nie jestem i nigdy nie będę w sytuacji Norweżek. Dla mnie zawody sportowe to rywalizacja, która jest ważną częścią życia. Wiadomo, podczas igrzysk myśli się troszeczkę inaczej. Generalnie jednak dla mnie słowa Johaug są zbyt wielkie. Przypominam, że ja wygrywałam TdSki sama, to znaczy bez mocnej drużyny. Lukaą Bauer zwyciężał podobnie, bez wsparcia rodaków. A tutaj czytam, że w Norwegii wszyscy wszystkim mają pomagać. Nie przesadzajmy, to Tour de Ski, nic więcej. Nie jadę po honor, chcę dobrze biegać - deklaruje nasza zawodniczka.

W tym roku trasa turnieju została nieco zmieniona. Wypadły zawody w Oberstdorfie, co cieszy Kowalczyk. - Starty w Niemczech wychodziły mi bardzo dobrze, ale po nich miałam kryzys - przypomina. W kalendarzu pojawił się za to sprint w Szwajcarii. - To wielka niewiadoma. Wiem tylko, że są dwa okrążenia i jakaś górka po drodze - przyznaje. Zawody skończą się czterema etapami we Włoszech. Na końcu znajduje się oczywiście Alpe Cermis.

Ostatni etap Touru, czyli właśnie wspinaczka pod Alpe Cermis, to prawdziwe wyzwanie. Nie każdy jest w stanie wytrzymać trudów trasy. Wie coś o tym zawodniczka AZS-0 AWF Katowice... - Pamiętam za rok, kiedy skończyłam tę imprezę na siódmym miejscu. Przyjmowałam przez cztery dni antybiotyk, augmentin. Gdyby nie to, że mieliśmy ostatni dzień zawodów i biegłam po bardzo wysokie wtedy dla mnie miejsce, wycofałabym się. Miałam na sobie wszystkie kolory, a przybiegłam blada, później prawie straciłam przytomność. Nie wspominam też zbyt dobrze pierwszego startu. Miała być fajna góra, na której będę mocna. I tu nagle spotkanie z rzeczywistością... Bardzo bolesne. Dla wszystkich zresztą. Pamiętam, że to była masakra, wszyscy padali, wielu wymiotowało. Nikt nie wiedział czego się spodziewać i jak bardzo to boli. Dzisiaj jest więcej taktyki i człowiek wie, co go czeka. Wie, że "umrze" - mówi dla "Przeglądu Sportowego" Kowalczyk.
źródło: Przegląd Sportowy

Przeczytaj również