Juan Ramon Rocha - najlepszy transfer "Gucia" Warzychy

23.10.2017
Krzysztof Warzycha nie miał latem łatwego zadania. Po spadku z Ekstraklasy w ekspresowym tempie i bez pieniędzy lepił zespół z resztek tego, co mu zostało i przebierał wśród graczy, którym z kolei nie zostało nic innego jak gra przy Cichej. Dopiero ostatnie tygodnie pokazują, że "Gucio" miał nosa, a selekcję przeprowadził bardzo sprawnie. Jego najlepszym transferem jest jednak ściągnięcie do Chorzowa Juana Ramona Rochy.
Rafał Rusek/PressFocus
Nie ma niespodzianki w wygranej chorzowskiego Ruchu w derbowym starciu przy Bukowej. Jeśli prześledzić grę drużyny odkąd przejął ją Juan Ramon Rocha okazuje się, że "Niebiescy", choć w tabeli są na miejscu ostatnim, tak naprawdę - na ten moment - należą dziś do... ścisłej ligowej czołówki.


(źródło: 90minut.pl)

Tabela powyżej robi wrażenie z kilku względów zwłaszcza, że trzeba pamiętać jak Rocha zaczął przygodę przy Cichej - pięć punktów zgubionych w doliczonym czasie w meczach, w których "Niebiescy" bardzo długo zdawali się mieć wszystko pod kontrolą.

Trudno uchwycić co takiego zrobił Argentyńczyk z "Niebieskimi". Faktem jest jednak, że w ciągu kilku pierwszych spotkań z dzienniakrzami powtarzał jak mantrę: "wiele lat siedzę w piłce", co na tamtą chwilę budziło momentami uśmiech politowania, bo oczekiwano recept, a nie historii. Dziś trzeba uderzyć się w pierś - facet naprawdę "siedzenie" w piłce przełożył na konkretne działania w klubie. Dostał do rąk pudełko zdekompletowanych klocków, a stworzył solidną budowlę. Przy czym ani razu nie usłyszeliśmy od niego - 63-latka z autorytetem i doświadczeniem w futbolu największego formatu - narzekań na warunki. Warunki, przy których połowa szkoleniowców "z nazwiskiem" pakowałaby się w pośpiechu zwiewając z Cichej jak najdalej.

W czym tkwi dziś siła Ruchu? W umiejętnym wykorzystaniu potencjału każdego z zawodników. Umówmy się - po Vilimie Posinkoviciu, Santiago Villafane, czy nawet Mateuszu Hołowni nikt nie spodziewał się przed sezonem wiele. Fanatycy mogli wierzyć, ale rozsądek podpowiadał - skład węgla i papy. Po pierwszych meczach rywale przekonywali, że Ruch to wcale nie jest słaby zespół, ale w kuluarach drwili (autentyk!) z siły chorzowian. Dzisiaj? W pochwałach od konkurencji nie ma już cienia kurtuazji.

Santiago Villafane (od jego uporu zaczęła się bramkowa akcja na 1:0 przy Bukowej) rośnie w oczach od dobrych kilku kolejek. Już jakiś czas temu pisaliśmy, że gość stał się kluczowym graczem Ruchu, co potwierdzają przytaczane przez nas statystyki InStata. Toporny na pierwszy rzut oka Bojan Marković zaczął świetnie wykorzystywać swoje warunki, demoluje napastników rywali i - mimo błędów jak ten na wagę niedzielnego gola dla "GieKSy" - stał się skałą którą ciężko przesunąć i na której można zbudować całkiem solidną obronę. Ogromne postępy zrobił u boku Bośniaka Miłosz Trojak - ofiara bodaj największych drwin kibiców po pierwszych meczach sezonu, po czasie stał się twardym stoperem, a przy Bukowej - przesunięty do drugiej linii - był zdecydowanym bohaterem pierwszej połowy. Przecinął co było do przecięcia, wygrywał co było do wygrania, a przy tym kilka razy znakomicie otworzył atak swojego zespołu. Podanie do Przybeckiego przed golem na 2:0 - palce lizać.


(źródło: Twitter/Ruch Chorzów)

Można odnieść wrażenie, że Rocha zajrzał do szatni, popatrzył na pierwszy trening, wypisał sobie na kartce atuty każdego ze swoich zawodników, a później ustalił pomysł na to jak je wykorzystać. Na ulubieńca publiki wyrasta Vilim Posinković, który w każdy mecz wkłada mnóstwo serca, sprawia wrażenie, jakby urodził się przy Cichej i od zawsze był pod wrażeniem kariery Gerarda Cieślika. Maciej Urbańczyk - już nie tylko kapitan, ale prawdziwy lider środka pola. Szybkość Miłosza Przybeckiego doskonale wykorzystywana przez całą drużynę. Michał Walski wywiązujący się z każdego powierzonego mu zadania. I tak można wymieniać. I aż szkoda, że "Gucio", któremu trzeba oddać że w wielkiej biedzie sam wyselekcjonował tych wszystkich ludzi, telefonu do mentora z Argentyny nie wykonał choćby w maju.
 
Laurka? Być może. Bo ta drużyna przegra przecież jeszcze nie jeden mecz. Ale po tak długim czasie bicia w nich jak w bęben "Niebiescy" zasłużyli w końcu na to, by podkreślić postęp jaki wykonali. W wygranej przy Bukowej nie było cienia przypadku - zagrali świetną pierwszą połowę, zrealizowali plan zaskakując swoich rywali, a potem - mimo braków - obronili trzy punkty. Punkty kolejne, dlatego w niedzielę gospodarze wcale nie byli murowanym faworytem. Ruch mimo wpadki w Niepołomicach (wciąż nie rozumiemy decyzji o przemeblowaniu obrony na ten mecz przez Rochę), przystępował do tego meczu z całą serią meczów dobrych lub solidnych na koncie. Czas zatem jasno powiedzieć - "Niebiescy" to dziś wciąż drużyna w tabeli ostatnia, ale na pewno nie najsłabsza. I w końcu te słowa to nie tylko kurtuazja!
autor: Łukasz Michalski

Przeczytaj również