FELIETON: Zachara w Chinach, Kamiński w Japonii… Gdzie i dlaczego jeżdżą polscy piłkarze…

21.01.2015
Kocham piłkę nożną, ale nie jestem wielką fanką oglądania zagranicznych lig. Co innego rozgrywki pucharowe - te oczywiście śledzę regularnie, ale jeśli chodzi o ligę angielską, niemiecką, hiszpańską czy włoską - wybieram tylko mecze „polskich” drużyn. I to właściwie tylko od czasu do czasu.
Ale niektórzy nasi piłkarze wybierają kierunki tak egzotyczne, że czasem trudno (nawet w dobie internetu) sprawdzić, jak im się wiedzie, a co dopiero obserwować ich poczynania. Dlaczego wyjeżdżają do Bułgarii, Rumunii, czy jeszcze dalej: do Azji lub Stanów Zjednoczonych?

Najprostsza odpowiedź: bo nie mają lepszych ofert. Pewnie każdy z nich (lub przynajmniej większość) wolałby spróbować swoich sił w Bundeslidze czy Primera Division. Niestety, w krajach prezentujących futbol na takim poziomie nawet wyróżniający się polscy zawodnicy mają problemy z wywalczeniem miejsca w składzie. Ba - większość klubów nie widzi ich w swoich drużynach, a nawet nie ma pojęcia o ich istnieniu. Więc szukają szczęścia w ligach mniej wymagających. Swego czasu Polacy robili furorę w Turcji, potem w Rosji, dziś wyjeżdżają nawet do Bułgarii. Są trochę jak  obcokrajowcy  w naszej rodzimej ekstraklasie - zazwyczaj lepiej opłacani od miejscowych piłkarzy, nie zawsze lepsi na boisku…

Pieniądze… wielu piłkarzy wyjeżdża głównie z ich powodu. Nikt mi nie wmówi, że do Rosji (lub wcześniej na Ukrainę) piłkarze jeżdżą dla pięknych widoków. Osobiście to rozumiem- ten zawód obarczony jest i dużym ryzykiem i jeszcze większą krótkoterminowością. Jeśli nie masz pomysłu na siebie „po piłce” i po zakończeniu czynnej kariery planujesz żyć z oszczędności, to musisz mieć ich sporo. Więc nie ma co narzekać, że drużyna słaba a okolica nieciekawa- pieniądze regularnie i w dużej ilości spływają na konto- za kilka lat będziesz miał z czego żyć. I nie ma się czego wstydzić- najwięksi piłkarze tego świata też grali dla pieniędzy i wybierali kluby patrząc na ilość zer na kontraktach a nie na ambicje, możliwości czy ewentualne osiągnięcia.

A czasem po prostu potrzebują zmiany. Środowiska, otoczenia, znajomych. Nowego wyzwania, które wyzwoli jakieś ukryte pokłady ambicji (ambicja nie jest podstawową cechą polskich piłkarzy). Patrzcie chociażby na przykład Tomka Zahorskiego - w Zabrzu już mieli go dość a on zamiast prosić o kolejną szansę spakował walizki i ruszył za ocean. Dzisiaj ma za sobą naprawdę udane miesiące spędzone w fajnym miejscu a pół Teksasu uważa  go za bohatera.

Zdarza się, że wszystkie te przyczyny: brak lepszych ofert, pieniądze i chęć zmiany połączą się w jedno… i wtedy jedziesz do Azji. Nikt mnie nie przekona, że to jakiś futbolowy raj, że ewentualne występy w Azjatyckiej Lidze Mistrzów mogą być spełnieniem piłkarskich marzeń. Owszem, Chiny czy Japonia to piękne, egzotyczne kraje ale na piłkarskiej mapie świata znaczą niewiele więcej niż Bułgaria czy Rumunia. Każdy ma jednak prawo robić ze swoim życiem co chce. Życzę więc zarówno Mateuszowi, jak i „Kamykowi”, by im się tam wiodło. Będę sprawdzać, jak sobie radzą. O ile ich nowe kluby mają strony internetowe w wersji angielskiej…


Olga Rybicka
Reporterka sportowa
TVP Katowice


 
źródło: SportSlaski.pl

Przeczytaj również