Czy kogoś jeszcze dziwi spadek? Ojrzyński masakruje obóz w Hiszpanii
25.11.2016
- Górnik to moja porażka - mówi wprost trener Leszek Ojrzyński, który w Zabrzu spędził tylko kilka miesięcy. Dołączył do drużyny w sierpniu poprzedniego roku, a w marcu już go przy Roosevelta nie było. Kibice mieli dość stylu, w jakim grała ich drużyna. Szkoleniowiec - któremu klub w dalszym ciągu zalega z pieniędzmi - dla Weszlo.com zaczął opowiadać o warunkach pracy. Najciekawiej wygląda temat zimowego zgrupowania w Lloret de Mar. Aż trudno uwierzyć, że pojechała tam drużyna, która miała wiosną walczyć o życie!
- Mówiłem o tym delikatnie, ale chyba już jest czas, by powiedzieć szczerze. Obóz w Hiszpanii to była wielka porażka. Obóz przygotowawczy - jak sama nazwa wskazuje - ma przygotować do rundy, a nie zniszczyć to, co już wypracowałeś. On zniszczył. Każdy, kto pojedzie w to miejsce w Lloret de Mar, zobaczy, co tam jest. Ale nikt tam nie pojedzie, zapewniam, chyba tylko Górnik może tam jechać. Tam nie było nic - przyznaje Ojrzyński. Zabrzanie mieli problem ze znalezieniem wartościowych sparingpartnerów. Brakowało także pełnowymiarowego boiska.
- Jakieś oczywiście były, ale niepełnowymiarowe. Pole karne miało jedenaście metrów, a karnego wykonywało się z ośmiu. Walczyliśmy o to, by trenować na normalnym boisku, ale w ciągu tego obozu udało nam się to tylko dwa razy - tłumaczy trener. Warunki do życia nie były lepsze. - Makabra. Po pierwszej nocy zmieniliśmy piętro, bo to był skandal. Dawne internaty lepiej wyglądały - ocenia.
Jedzenie? Dostosowane do poziomu ogółu. - Niektórzy zawodnicy w ogóle tam nie jedli. Mieli swoje pieniądze, jechali na miasto i tam się żywili. I najgorsze, że ja musiałem na to pozwolić. Trzeba było wojować o to, by na śniadanie podano nam jajka sadzone. W ośrodku twierdzili, że nam się nie należą. Zawodnicy wracali z ciężkiego treningu i musieli stać po posiłek w dwustumetrowej kolejce z emerytami. Nie było nawet wydzielonego dla nas stolika. Ręce opadały - opowiada szkoleniowiec.
- Żałuję, że nie wróciliśmy do Zabrza. Chciałem dobrze, a były dni, że działacze nawet nie odbierali ode mnie telefonów. Czas mijał, odwlekałem tę decyzję, w końcu razem ustaliliśmy, że jakoś się przemęczymy. W Polsce próbowaliśmy to odbudować, ale tak się nie da. W drużynie iskrzyło. Jeden z zawodników nie wytrzymał i powiedział: - Żywicie nas świńskim jedzeniem, a wymagacie od nas profesjonalnego podejścia - kontynuuje Ojrzyński.
- Trener Ojrzyński mówi prawdę i odpowiada za swoje słowa. Jeśli ktoś uważa, że gada głupoty, możemy jechać tam i zobaczyć. Proszę o numer i sobie z taką osobą porozmawiam. Dochodzą do mnie głosy, że w Zabrzu w gabinetach wciąż się mnie krytykuje, więc uważam, że należy rozwinąć pewnie tematy. Oczywiście nie do końca, bo - zapewniam - mam jeszcze kilka historii. Gdy jednak pyta się mnie, co było przyczyną kiepskiego startu - odpowiadam - kończy temat.
- Mówiłem o tym delikatnie, ale chyba już jest czas, by powiedzieć szczerze. Obóz w Hiszpanii to była wielka porażka. Obóz przygotowawczy - jak sama nazwa wskazuje - ma przygotować do rundy, a nie zniszczyć to, co już wypracowałeś. On zniszczył. Każdy, kto pojedzie w to miejsce w Lloret de Mar, zobaczy, co tam jest. Ale nikt tam nie pojedzie, zapewniam, chyba tylko Górnik może tam jechać. Tam nie było nic - przyznaje Ojrzyński. Zabrzanie mieli problem ze znalezieniem wartościowych sparingpartnerów. Brakowało także pełnowymiarowego boiska.
- Jakieś oczywiście były, ale niepełnowymiarowe. Pole karne miało jedenaście metrów, a karnego wykonywało się z ośmiu. Walczyliśmy o to, by trenować na normalnym boisku, ale w ciągu tego obozu udało nam się to tylko dwa razy - tłumaczy trener. Warunki do życia nie były lepsze. - Makabra. Po pierwszej nocy zmieniliśmy piętro, bo to był skandal. Dawne internaty lepiej wyglądały - ocenia.
Jedzenie? Dostosowane do poziomu ogółu. - Niektórzy zawodnicy w ogóle tam nie jedli. Mieli swoje pieniądze, jechali na miasto i tam się żywili. I najgorsze, że ja musiałem na to pozwolić. Trzeba było wojować o to, by na śniadanie podano nam jajka sadzone. W ośrodku twierdzili, że nam się nie należą. Zawodnicy wracali z ciężkiego treningu i musieli stać po posiłek w dwustumetrowej kolejce z emerytami. Nie było nawet wydzielonego dla nas stolika. Ręce opadały - opowiada szkoleniowiec.
- Żałuję, że nie wróciliśmy do Zabrza. Chciałem dobrze, a były dni, że działacze nawet nie odbierali ode mnie telefonów. Czas mijał, odwlekałem tę decyzję, w końcu razem ustaliliśmy, że jakoś się przemęczymy. W Polsce próbowaliśmy to odbudować, ale tak się nie da. W drużynie iskrzyło. Jeden z zawodników nie wytrzymał i powiedział: - Żywicie nas świńskim jedzeniem, a wymagacie od nas profesjonalnego podejścia - kontynuuje Ojrzyński.
- Trener Ojrzyński mówi prawdę i odpowiada za swoje słowa. Jeśli ktoś uważa, że gada głupoty, możemy jechać tam i zobaczyć. Proszę o numer i sobie z taką osobą porozmawiam. Dochodzą do mnie głosy, że w Zabrzu w gabinetach wciąż się mnie krytykuje, więc uważam, że należy rozwinąć pewnie tematy. Oczywiście nie do końca, bo - zapewniam - mam jeszcze kilka historii. Gdy jednak pyta się mnie, co było przyczyną kiepskiego startu - odpowiadam - kończy temat.
Polecane
I liga
Przeczytaj również
07.08.2022
07.08.2022
Główka Paluszka metodą na wicemistrzów