Adam Nawałka: Jestem spokojny, wyprzedaż Górnikowi nie grozi

03.12.2012
- Jak słyszę, że zawodnik pół roku po wyjeździe za granicę mówi, że dopiero tam zrozumiał, co to znaczy dobre przygotowanie, dyscyplina taktyczna i profesjonalizm, to jestem zażenowany - mówi Adam Nawałka.
Nie od dzisiaj wiadomo, że trener Adam Nawałka to wymagający szkoleniowiec, który nie toleruje leniuchów. Efekty widać na boisku - piłkarze Górnika nie mają żadnych problemów z dotrwaniem do końcowego gwizdka i w tym sezonie są rewelacją ekstraklasy.

- Podobno mam ciężkie treningi, ale jak słyszę, że zawodnik pół roku po wyjeździe za granicę mówi, że dopiero tam zrozumiał, co to znaczy dobre przygotowanie, dyscyplina taktyczna i profesjonalizm, to jestem zażenowany. Zapraszam do szkoły Górnika, może przejście na Zachód powinno odbywać się przez nasz klub. Różnicy w przygotowaniu motorycznym nie może być żadnej, w wyszkoleniu już tak, bo Europa uciekła nam, jeśli chodzi o infrastrukturę dla grup młodzieżowych. Stawiam sprawę jasno - albo akceptujesz nasz reżim, albo odchodzisz. Wiem, co jest dla piłkarza dobre, drzwi do mojego gabinetu są zawsze otwarte, ale na boisku nie ma już miejsca na kółko dyskusyjne - mówi trener.

Dobra gra zabrzan ściąga zainteresowanie menedżerów. Niewykluczone, że kilku zawodników otrzyma zimą dobre propozycje z innych klubów. Nawałka rewolucji kadrowej nie bierze pod uwagę. - Wiem, że transfery ratują budżet, jednak nie można doprowadzić do rozbicia drużyny. Ale jestem spokojny, wyprzedaż Górnikowi nie grozi - uspokaja szkoleniowiec.

Trener nie ma też wątpliwości co do Arkadiusza Milika - napastnik zostanie przy Roosevelta. - Rozmowa o tym jest niepoważna. Już postanowiono, że Arek zostanie w Górniku i zrobimy to z myślą o nim. Życie pokazało, że to nie jest dobry moment na wyjazd. W Zabrzu ma świetną opiekę szkoleniową, możliwość treningu indywidualnego. Taktyka drużyny ustawiona jest pod niego. Żadna kwota proponowana przez zainteresowanych nie powinna mieć wpływu na przyszłość zawodnika - podkreśla Nawałka.
źródło: Rzeczpospolita

Przeczytaj również