"Z karetki nasłuchiwałem, czy nie zdobyliśmy gola i czy kibice nie krzyczą z radości"

25.09.2014
W spotkaniu z Wigrami Suwałki, Kamil Cholerzyński upadł na kark i został odwieziony karetką do szpitala. Uraz na szczęście nie okazał się poważny i zawodnik tydzień później już trenował z zespołem.
Łukasz Laskowski/Pressfocus
Upadek i sceny tuż po nim wyglądały dramatycznie, jednak skończyło się jedynie na strachu. Piłkarz co prawda miał założony kołnierz usztywniający, ale po kilku dniach ściągnął go i wziął udział w akcji marketingowej GieKSy - odwiedził przedszkole.

Jakie uczucia towarzyszyły Cholerzyńskiemu tuż po upadku? - Nie myślałem o tym co mi się stało. W takim momencie nie zastanawiasz się nad tym. Z karetki raczej nasłuchiwałem, czy nie zdobyliśmy gola i czy kibice nie krzyczą z radości. Staram się nie mieć czarnych myśli. Gdy trafiłem do szpitala wiedziałem, że nic strasznego mnie nie spotkało, bo w takiej sytuacji lekarze zachowywaliby się inaczej. Nie sądziłem natomiast, że wrócę już po tygodniu, ale byłem przekonany, że nie ma tragedii - przyznaje "Kufel".

Cholerzyński zagrał już w meczu z Pogonią Siedlce. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zagrał i w niedzielę, przeciwko Zagłębiu Lubin. - Rozmawiałem po pierwszym meczu rundy jesiennej z moim kolegą z Zagłębia, Olkiem Kwiekiem. Wygrali inaugurację i w luźnych rozmowach mówił, że nie taka ta pierwsza liga straszna i myślał, że będą wygrywać bez wysiłku. Ja mu wtedy od razu powiedziałem, żeby poczekał, aż będą się mierzyć z zespołami z dołu stawki, które lubią się okopać i grać z kontry. Nie trzeba było długo czekać, Zagłębie odnotowało kilka potknięć. Oni uczą się tej ligi, dlatego w niedzielę zapowiada się bardzo ciekawe spotkanie - zaciera ręce piłkarz GieKSy.
źródło: GKS Katowice / SportSlaski.pl

Przeczytaj również