"Trener Służałek nie jest dla mnie żadnym autorytetem"
23.04.2010
W Tychach blisko awansu byli już rok temu, ale wówczas, by osiągnąć cel zabrakło, jednego zwycięstwa. Działacze postanowili przebudować zespół i zmienić trenera. Spodziewano się, że tym razem już nic nie stanie na drodze do ekstraklasy. Niestety... - Spotkała nas bardzo niemiła niespodzianka. Ten zespół był przecież najsilniejszy personalnie w całej I lidze. Z podstawowych zawodników odszedł tylko Damian Kulig, a do drużyny dołączyli: Mateusz Bartosz (w połowie stycznia, przed zamknięciem okienka transferowego - przyp. red.), Tomasz Deja (odszedł jeszcze w trakcie I rundy sezonu zasadniczego - przyp. red.), Piotr Hałas, Marcin Salamonik i Michał Saran (poważna kontuzja kolana jeszcze w pierwszej części rozgrywek - przyp. red.) - wylicza Służałek.
- Tyko Kulig? A Zmarlak, Frankowski, Radwan? To nie podstawowi zawodnicy? - dziwi się Niedbalski. - Drużyna została z różnych względów gruntownie przebudowana, ale ja nie twierdzę, że pozyskałem słabszych zawodników, tylko takich, jakich chciałem i na jakich nas było stać - zaznacza. - Ten zespół powinien był awansować do ekstraklasy, przy nakładach, które poniesiono przy budowie tej drużyny. Zaprezentowali się jednak zdecydowanie poniżej swoich umiejętności - podkreśla były trener tyszan. Co na to obecny szkoleniowiec? - Szanuję zdanie każdego fachowca. Każdy ma prawo do własnej opinii, ale akurat trener Służałek nie jest dla mnie żadnym autorytetem. On stawał przed szansą awansu dwukrotnie i także ani razu jej nie wykorzystał. Poza tym nie mam pojęcia, skąd te informacje o nakładach poniesionych przez klub. Kontrakty zawodników czy też mój obarczone są przecież tajemnicą handlową - przypomina Niedbalski.
Największa bolączka KKS-u okazała się słaba dyspozycja w spotkaniach z teoretycznie słabszymi rywalami. - Tychy grał - niestety - słabo przez większą część sezonu, o czym świadczą chociażby porażki z Górnikiem Wałbrzych, AZS-em AWF-em Katowice, Sokołem Łańcut czy Startem Lublin. Czarny scenariusz dopełnił się już w play-off, gdy przegrali z ŁKS-em Łódź, który był zdecydowanie słabszy niż w poprzednim sezonie (wówczas tyszanie pokonali łodzian w pierwszej rundzie zmagań - przyp. red.) - twierdzi doświadczony szkoleniowiec. - Oczywiście, te porażki nie powinny były nam się przytrafić. Z drugiej strony, sezon był bardzo ciężki (w lutym drużyny rozegrały po osiem spotkań - przyp. red.) i takie wpadki dotyczyły nie tylko drużyny prowadzonej przeze mnie - wyjaśnia obecny trener tyszan. - Każdy zespół w trakcie sezonu regularnego zanotował spadek formy i jest to w sporcie rzecz normalna - dodaje.
- Zwycięstwa z najlepszymi pokazały, że w drużynie drzemał spory potencjał (bilans pojedynków z trzema czołowymi drużynami I ligi to pięć zwycięstw i zaledwie jedna porażka - przyp. red.). Bilans zespołu w sezonie zasadniczym (20 zwycięstw i 10 porażek - przyp. red.) nie jest złym wynikiem. Czy ŁKS był słabszy niż w tamtym sezonie? A na jakiej podstawie można tak twierdzić? Myślę, że jakiekolwiek dywagacje nie mają teraz najmniejszego sensu. Cel nie został osiągnięty. Merytoryczna ocena mojej pracy należy do zarządu - dobitnie podkreśla obecny opiekun KKS-u.
- Tyko Kulig? A Zmarlak, Frankowski, Radwan? To nie podstawowi zawodnicy? - dziwi się Niedbalski. - Drużyna została z różnych względów gruntownie przebudowana, ale ja nie twierdzę, że pozyskałem słabszych zawodników, tylko takich, jakich chciałem i na jakich nas było stać - zaznacza. - Ten zespół powinien był awansować do ekstraklasy, przy nakładach, które poniesiono przy budowie tej drużyny. Zaprezentowali się jednak zdecydowanie poniżej swoich umiejętności - podkreśla były trener tyszan. Co na to obecny szkoleniowiec? - Szanuję zdanie każdego fachowca. Każdy ma prawo do własnej opinii, ale akurat trener Służałek nie jest dla mnie żadnym autorytetem. On stawał przed szansą awansu dwukrotnie i także ani razu jej nie wykorzystał. Poza tym nie mam pojęcia, skąd te informacje o nakładach poniesionych przez klub. Kontrakty zawodników czy też mój obarczone są przecież tajemnicą handlową - przypomina Niedbalski.
Największa bolączka KKS-u okazała się słaba dyspozycja w spotkaniach z teoretycznie słabszymi rywalami. - Tychy grał - niestety - słabo przez większą część sezonu, o czym świadczą chociażby porażki z Górnikiem Wałbrzych, AZS-em AWF-em Katowice, Sokołem Łańcut czy Startem Lublin. Czarny scenariusz dopełnił się już w play-off, gdy przegrali z ŁKS-em Łódź, który był zdecydowanie słabszy niż w poprzednim sezonie (wówczas tyszanie pokonali łodzian w pierwszej rundzie zmagań - przyp. red.) - twierdzi doświadczony szkoleniowiec. - Oczywiście, te porażki nie powinny były nam się przytrafić. Z drugiej strony, sezon był bardzo ciężki (w lutym drużyny rozegrały po osiem spotkań - przyp. red.) i takie wpadki dotyczyły nie tylko drużyny prowadzonej przeze mnie - wyjaśnia obecny trener tyszan. - Każdy zespół w trakcie sezonu regularnego zanotował spadek formy i jest to w sporcie rzecz normalna - dodaje.
- Zwycięstwa z najlepszymi pokazały, że w drużynie drzemał spory potencjał (bilans pojedynków z trzema czołowymi drużynami I ligi to pięć zwycięstw i zaledwie jedna porażka - przyp. red.). Bilans zespołu w sezonie zasadniczym (20 zwycięstw i 10 porażek - przyp. red.) nie jest złym wynikiem. Czy ŁKS był słabszy niż w tamtym sezonie? A na jakiej podstawie można tak twierdzić? Myślę, że jakiekolwiek dywagacje nie mają teraz najmniejszego sensu. Cel nie został osiągnięty. Merytoryczna ocena mojej pracy należy do zarządu - dobitnie podkreśla obecny opiekun KKS-u.
Polecane
Koszykówka