TAK TO WIDZĘ: Powiew świeżości w GKS-ie Katowice
07.10.2015
Z góry zaznaczam, że nie chodzi mi o zmianę na pozycji trenera, choć to kwestia niezwykle istotna. Tym bardziej, że Jerzemu Brzęczkowi udało się zadebiutować na ławce trenerskiej w znakomitym stylu. Zwycięstwo 3:0 z Bytovią na wyjeździe na pewno nie uszło uwadze kibicom. O wiele ważniejsza rzecz zdarzyła się jednak w cieniu zmiany I trenera. W końcu zarząd klubu odważył się przeorganizować strategię zarządzania klubem, delegując do zarządzania pionem piłkarskim menedżera/dyrektora sportowego. Wcześniej w klubie nie brakowało również osoby na takim stanowisku, ale z tego co zostało powiedziane na konferencji przez prezesa Wojciech Cygana wynika, że nie miał on takich – używając słowa parlamentarnego - prerogatyw. Tym nowym człowiekiem został Dariusz Motała.
Nie w tym jednak do końca rzecz. Chodzi mi bardziej o początek zmiany patrzenia na klub z prezesowskiego punktu widzenia, który jednym palcem chce zatrudniać trenera I drużyny, drugim trenera bramkarzy, trzecim trenera przygotowania fizycznego, czwartym analityka, piątym fizjoterapeutę, szóstym koordynować rozwój Akademii, siódmym transferować zawodników, ósmym dbać o rozwój Akademii, dziewiątym szukać sponsorów, a dziesiątym trzymać to wszystko w ryzach finansowych. Na tyle palców grają tylko geniusze i to w dodatku na fortepianie. Niestety naśladowców sławy Chopina w klubach piłkarskich w naszym kraju nie brakuje.
W klubie praca powinna być zorganizowana jak w pozytywistycznej wizji świata. To zarząd klubu ma zbudować strategię działania piłkarskiego przedsiębiorstwa, w której trener jest ważnym elementem całego łańcucha działań. Ale nie jest najważniejszy! Właśnie na wypadek, że kiedy się go zwolni - klub dalej kontynuuje wdrożony system operacyjny. Rzeczywistość bywa jednak zupełnie odwrotna. Trener odchodzi, odinstalowuje system, a dane na temat zawodników, czyli najważniejszego aktywa klubowego, wyparowują jak woda z czajnika. Klub zatrudnia nowego fachowca i tak karuzela kręci się w kółko. Tylko klub stoi w miejscu.
Jedną z bolączek polskich klubów i ich zarządów jest fakt, że nie ma strategii działań. Nie ma ciągłości pracy, jest natomiast kadencyjność, która przypomina powycinane kawałki pracy kilkunastu trenerów przez szereg lat. Tym w największym stopniu różnimy się od dobrze zarządzanych klubów na zachodzie. Przykładowo tam, kiedy patrzą na wychowanka Akademii w wieku 15 lat, wiedzą już że za cztery lata to ma być zawodnik pierwszej drużyny i trzeba zrobić wszystko, żeby chłopakowi pokazać szlak na szczyt jego możliwości.
Stąd potrzeba właśnie dyrektorów sportowych, którzy wdrażaliby w życie długoletnią, przemyślaną strategię klubu. Prezes nie musi się znać na badaniach wydolnościowych czy szybkościowych, których zażyczy sobie trener. To nie jego rola. Prezes nie musi zatrudniać fachowca od Akademii, choć w kompetencji zarządów musi znaleźć się wizja zbudowania odpowiedniego systemu szkolenia młodzieży. Dlatego też w wielu klubach dyrektor Akademii pełni funkcję wiceprezesa Klubu, stojąc na straży wychowania kolejnych pokoleń.
W GKS-ie na razie aż tak daleko zmiany nie zaszły. Dyrektor nie zatrudnia trenera, tylko działa obok niego, co nie jest najbardziej korzystnym rozwiązaniem z punktu zarządzania klubem. Ale i tak pierwszy krok w dobrym kierunku został postawiony. Co z tego wyjdzie, czas pokaże.
Tak na marginesie. Jeden z naprawdę wielu przykładów z życia wzięty. Zawsze śmieszyło mnie, jak widząc w niejednym klubie zmiany trenerów, nierzadko wiązały się one z jednoczesną zmianą metod badań wydolnościowych zawodników. Jeden trener uważał, że lepszy jest test mleczanowy. No to zawodnicy robili test mleczanowy. Kiedy przyszedł kolejny trener, podważył to, co robił poprzednik i stwierdzał:
- „Prezesie! - lepszy jest test PWC”. No to zawodnicy robili test PWC na rowerku.
A prezes? Płacił. Wyników nie widział, nie analizował albo nie rozumiał. I tak w kółko leciał rok, pięć, potem dziesięć lat. Dziś tamtych danych już nikt nie pamięta. No bo i po co.
Filip Surma
dziennikarz NC+
trener II klasy z licencją UEFA A
filipsurma@hotmail.com
Nie w tym jednak do końca rzecz. Chodzi mi bardziej o początek zmiany patrzenia na klub z prezesowskiego punktu widzenia, który jednym palcem chce zatrudniać trenera I drużyny, drugim trenera bramkarzy, trzecim trenera przygotowania fizycznego, czwartym analityka, piątym fizjoterapeutę, szóstym koordynować rozwój Akademii, siódmym transferować zawodników, ósmym dbać o rozwój Akademii, dziewiątym szukać sponsorów, a dziesiątym trzymać to wszystko w ryzach finansowych. Na tyle palców grają tylko geniusze i to w dodatku na fortepianie. Niestety naśladowców sławy Chopina w klubach piłkarskich w naszym kraju nie brakuje.
W klubie praca powinna być zorganizowana jak w pozytywistycznej wizji świata. To zarząd klubu ma zbudować strategię działania piłkarskiego przedsiębiorstwa, w której trener jest ważnym elementem całego łańcucha działań. Ale nie jest najważniejszy! Właśnie na wypadek, że kiedy się go zwolni - klub dalej kontynuuje wdrożony system operacyjny. Rzeczywistość bywa jednak zupełnie odwrotna. Trener odchodzi, odinstalowuje system, a dane na temat zawodników, czyli najważniejszego aktywa klubowego, wyparowują jak woda z czajnika. Klub zatrudnia nowego fachowca i tak karuzela kręci się w kółko. Tylko klub stoi w miejscu.
Jedną z bolączek polskich klubów i ich zarządów jest fakt, że nie ma strategii działań. Nie ma ciągłości pracy, jest natomiast kadencyjność, która przypomina powycinane kawałki pracy kilkunastu trenerów przez szereg lat. Tym w największym stopniu różnimy się od dobrze zarządzanych klubów na zachodzie. Przykładowo tam, kiedy patrzą na wychowanka Akademii w wieku 15 lat, wiedzą już że za cztery lata to ma być zawodnik pierwszej drużyny i trzeba zrobić wszystko, żeby chłopakowi pokazać szlak na szczyt jego możliwości.
Stąd potrzeba właśnie dyrektorów sportowych, którzy wdrażaliby w życie długoletnią, przemyślaną strategię klubu. Prezes nie musi się znać na badaniach wydolnościowych czy szybkościowych, których zażyczy sobie trener. To nie jego rola. Prezes nie musi zatrudniać fachowca od Akademii, choć w kompetencji zarządów musi znaleźć się wizja zbudowania odpowiedniego systemu szkolenia młodzieży. Dlatego też w wielu klubach dyrektor Akademii pełni funkcję wiceprezesa Klubu, stojąc na straży wychowania kolejnych pokoleń.
W GKS-ie na razie aż tak daleko zmiany nie zaszły. Dyrektor nie zatrudnia trenera, tylko działa obok niego, co nie jest najbardziej korzystnym rozwiązaniem z punktu zarządzania klubem. Ale i tak pierwszy krok w dobrym kierunku został postawiony. Co z tego wyjdzie, czas pokaże.
Tak na marginesie. Jeden z naprawdę wielu przykładów z życia wzięty. Zawsze śmieszyło mnie, jak widząc w niejednym klubie zmiany trenerów, nierzadko wiązały się one z jednoczesną zmianą metod badań wydolnościowych zawodników. Jeden trener uważał, że lepszy jest test mleczanowy. No to zawodnicy robili test mleczanowy. Kiedy przyszedł kolejny trener, podważył to, co robił poprzednik i stwierdzał:
- „Prezesie! - lepszy jest test PWC”. No to zawodnicy robili test PWC na rowerku.
A prezes? Płacił. Wyników nie widział, nie analizował albo nie rozumiał. I tak w kółko leciał rok, pięć, potem dziesięć lat. Dziś tamtych danych już nikt nie pamięta. No bo i po co.
Filip Surma
dziennikarz NC+
trener II klasy z licencją UEFA A
filipsurma@hotmail.com
Polecane
I liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku