Rafał Sadowski: Butaprenu na bucie koledzy mi nie wybaczą
01.03.2013
Od futbolu odpoczywałeś przez półtora roku. Dziś z twoim zdrowiem już wszystko w porządku?
- Tak, jestem już zdrowy i trenuję na 100 procent. Mam jednak problem z ogólnie pojętym organizmem. Przez tak długą przerwę odzwyczaiłem się od tak ciężkich treningów, z jakimi miałem do czynienia w zimowym okresie przygotowawczym. Musiałem przez to więcej czasu poświęcać na regenerację, żeby móc być na drugi dzień gotowym do treningu. Te trudniejsze chwile mam już jednak za sobą i coraz lepiej znoszę obciążenia. Jestem dobrej myśli.
Pod względem twojego powrotu do zdrowia, chyba dobrze, że GieKSa gra w I lidze. Okres przygotowawczy jest tutaj dłuższy niż chociażby w T-Mobile Ekstraklasie.
- Zawsze będę ubolewał nad tym, że w Polsce jest na szczeblu centralnym tych zespołów mniej niż w czołowych ligach Europy. To samo ma się do klimatu, który w naszym kraju nie jest dla zawodowych sportowców przychylny. Każdy z nas chciałby tych meczów więcej, bo przecież w Anglii, Niemczech czy Hiszpanii gra się praktycznie cały czas. Nam klimat narzuca pewne ograniczenia, z którymi musimy sobie poradzić. Na pewno z mojego punktu widzenia nie jest to złe rozwiązanie, bo mam więcej czasu, by wrócić do pełnej dyspozycji, ale już nie mogę się doczekać momentu, w którym wybiegnę na ligowe boisko.
Piłka dalej się słucha, jak słuchała się w pierwszej rundzie spędzonej przy Bukowej?
- Wykładnikiem jedynym będzie walka o ligowe punkty. Po takiej przerwie trudno jest z miejsca wskoczyć na wysoki poziom. Dlatego też czasami ta piłka się słucha, a czasami nie. Staram się cały czas poprawiać pewne rzeczy, szczególnie technikę. Zobaczymy jak to będzie wyglądać w pierwszych meczach rundy wiosennej. Mam nadzieję, że będzie dobrze.
Zawsze możesz ponownie zainwestować w słynny w twoim wypadku Butapren.
- (śmiech) Gdybym tak fest posmarował buty Butaprenem, to ta piłka mogłaby się nie odkleić i nie tylko byłbym nie do zatrzymania dla obrońców rywala, ale też koledzy z drużyny mogliby mieć do mnie jeszcze większe pretensje. Już teraz czasami mi zarzucają, że troszeczkę tę piłkę za długo holuję. Gdybym znowu zaczął z kleju korzystać pewnie większość z nich, ze wskazaniem na Przemka Pitrego przestałaby ze mną w ogóle gadać.
Tytuł "katowickiego Messiego" do czegoś mimo wszystko zobowiązuje.
- Zawsze uważałem, że technika jest ważna i profesjonalny piłkarz powinien pracować nad nią całe życie, czy ma lat 18, czy 40. Dla mnie ten atrybut zawsze był najważniejszy i kładłem na niego szczególny nacisk. Teraz też solidnie nad techniką popracowałem i mam nadzieję, że w lidze to zaowocuje dobrymi występami i strzelanymi bramkami.
Za tobą chyba najtrudniejszy z dotychczasowych etapów twojej przygody z piłką?
- Kiedyś miałem już problemy z kolanem, ale wtedy byłem wyłączony z gry na pół roku. Teraz nie grałem półtora roku i powiem szczerze, że nie spodziewałem się, że mój rozbrat z piłką potrwa tak długo. Nie trenowałem praktycznie 13 miesięcy, potem długo wchodziłem w trening i tak naprawdę uczyłem się chodzić i kopać piłkę od nowa. W przypadku takich nie ma żadnej reguły. Przecież Marcin Wasilewski miał rozwaloną nogę doszczętnie i groziło mu, że w ogóle nie odzyska w niej pełnej sprawności, a po nieco ponad roku wrócił na boisko. Ja musiałem czekać dużo dłużej...
Jak bardzo ten okres przeżyłeś psychicznie?
- Byłem w ciężkim szoku, kiedy usłyszałem od lekarza, że najpierw czeka mnie pierwsza operacja, za pół roku druga, a potem jeszcze kilka miesięcy rehabilitacji. Przetrwałem to jakoś, po prostu starałem się o tym nie myśleć. Skupiałem się na każdym dniu rehabilitacji. Myślałem tylko o tym, że jak już wrócę na boisko w ogóle nie będę się przejmował tym co było, tylko cieszył się tym co robię. W piłce trzeba cieszyć się każdym dobrym zagraniem, każdą zdobytą bramką i minutą spędzoną na boisku. To jest taki sport, że czasami jedno niefortunne zagranie może cię kosztować kilkunastomiesięczny rozbrat z futbolem. To wielki psychiczny cios dla kogoś, kto kocha to co robi, a ja swój zawód kocham.
Rafał Sadowski jest dziś innym człowiekiem niż kilkanaście miesięcy wcześniej?
- Mentalnie na pewno tak. Kiedy pierwszy raz zerwałem więzadła mówiłem sobie, że to wypadek, że już nigdy więcej mi się to nie przydarzy. Niestety los chciał, że w trakcie rehabilitacji doznałem kontuzji po raz kolejny. To wszystko wzmocniło mnie psychicznie, na pewno jestem dziś człowiekiem silniejszym, który nie boi się stawić czoła przeciwnościom. Skupiam się na tym co jest teraz, co przede mną. Chcę znowu czuć radość z przebywania na boisku, dzielić się nią z rodziną, kibicami, kolegami z GieKSy.
Jak oceniasz grę GKS-u Katowice z perspektywy trybun?
- Mieliśmy różne momenty. Czasami bywało bardzo trudno. I organizacyjnie, i pod względem czysto sportowym. Przegrywaliśmy te mecze, raz zasłużenie, a raz na własne życzenie. Było jednak też mnóstwo meczów, w których stawałem się kibicem, skakałem, śpiewałem, robiłem wszystko, by chłopakom na boisku pomóc dopingiem. Zwłaszcza jesienią tych momentów dobrych było w naszej grze więcej niż złych. Kilku chłopaków znacznie się wybijało na tle rywali, a nawet całej ligi i to jest nasz wielki atut przed rundą wiosenną.
Przez cały ten czas czułeś się GieKSiarzem?
- Najbardziej denerwowało mnie to, że kiedy chłopakom nie szło nie mogłem wejść na boisko i im pomóc. Czułem się częścią tego zespołu i po porażkach nie umiałem wyjść z szatni. Siedziałem tam tak długo, jak się tylko dało. Tak samo było po zwycięstwach. Czuło się ducha tej drużyny i atmosfera była rewelacyjna. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że przez ten okres widziałem w naszym wykonaniu więcej meczów fajniejszych, które do końca trzymały w napięciu. Wiadomo, że dla kibica może być to denerwujące, ale przecież te emocje są solą futbolu. Dla nich przychodzi się na stadion i mam nadzieję, że na wiosnę te trybuny z meczu na mecz będą coraz bardziej wypełnione i głośniejsze.
Rozmawiał Marcin Ziach
- Tak, jestem już zdrowy i trenuję na 100 procent. Mam jednak problem z ogólnie pojętym organizmem. Przez tak długą przerwę odzwyczaiłem się od tak ciężkich treningów, z jakimi miałem do czynienia w zimowym okresie przygotowawczym. Musiałem przez to więcej czasu poświęcać na regenerację, żeby móc być na drugi dzień gotowym do treningu. Te trudniejsze chwile mam już jednak za sobą i coraz lepiej znoszę obciążenia. Jestem dobrej myśli.
Pod względem twojego powrotu do zdrowia, chyba dobrze, że GieKSa gra w I lidze. Okres przygotowawczy jest tutaj dłuższy niż chociażby w T-Mobile Ekstraklasie.
- Zawsze będę ubolewał nad tym, że w Polsce jest na szczeblu centralnym tych zespołów mniej niż w czołowych ligach Europy. To samo ma się do klimatu, który w naszym kraju nie jest dla zawodowych sportowców przychylny. Każdy z nas chciałby tych meczów więcej, bo przecież w Anglii, Niemczech czy Hiszpanii gra się praktycznie cały czas. Nam klimat narzuca pewne ograniczenia, z którymi musimy sobie poradzić. Na pewno z mojego punktu widzenia nie jest to złe rozwiązanie, bo mam więcej czasu, by wrócić do pełnej dyspozycji, ale już nie mogę się doczekać momentu, w którym wybiegnę na ligowe boisko.
Piłka dalej się słucha, jak słuchała się w pierwszej rundzie spędzonej przy Bukowej?
- Wykładnikiem jedynym będzie walka o ligowe punkty. Po takiej przerwie trudno jest z miejsca wskoczyć na wysoki poziom. Dlatego też czasami ta piłka się słucha, a czasami nie. Staram się cały czas poprawiać pewne rzeczy, szczególnie technikę. Zobaczymy jak to będzie wyglądać w pierwszych meczach rundy wiosennej. Mam nadzieję, że będzie dobrze.
Zawsze możesz ponownie zainwestować w słynny w twoim wypadku Butapren.
- (śmiech) Gdybym tak fest posmarował buty Butaprenem, to ta piłka mogłaby się nie odkleić i nie tylko byłbym nie do zatrzymania dla obrońców rywala, ale też koledzy z drużyny mogliby mieć do mnie jeszcze większe pretensje. Już teraz czasami mi zarzucają, że troszeczkę tę piłkę za długo holuję. Gdybym znowu zaczął z kleju korzystać pewnie większość z nich, ze wskazaniem na Przemka Pitrego przestałaby ze mną w ogóle gadać.
Tytuł "katowickiego Messiego" do czegoś mimo wszystko zobowiązuje.
- Zawsze uważałem, że technika jest ważna i profesjonalny piłkarz powinien pracować nad nią całe życie, czy ma lat 18, czy 40. Dla mnie ten atrybut zawsze był najważniejszy i kładłem na niego szczególny nacisk. Teraz też solidnie nad techniką popracowałem i mam nadzieję, że w lidze to zaowocuje dobrymi występami i strzelanymi bramkami.
Za tobą chyba najtrudniejszy z dotychczasowych etapów twojej przygody z piłką?
- Kiedyś miałem już problemy z kolanem, ale wtedy byłem wyłączony z gry na pół roku. Teraz nie grałem półtora roku i powiem szczerze, że nie spodziewałem się, że mój rozbrat z piłką potrwa tak długo. Nie trenowałem praktycznie 13 miesięcy, potem długo wchodziłem w trening i tak naprawdę uczyłem się chodzić i kopać piłkę od nowa. W przypadku takich nie ma żadnej reguły. Przecież Marcin Wasilewski miał rozwaloną nogę doszczętnie i groziło mu, że w ogóle nie odzyska w niej pełnej sprawności, a po nieco ponad roku wrócił na boisko. Ja musiałem czekać dużo dłużej...
Jak bardzo ten okres przeżyłeś psychicznie?
- Byłem w ciężkim szoku, kiedy usłyszałem od lekarza, że najpierw czeka mnie pierwsza operacja, za pół roku druga, a potem jeszcze kilka miesięcy rehabilitacji. Przetrwałem to jakoś, po prostu starałem się o tym nie myśleć. Skupiałem się na każdym dniu rehabilitacji. Myślałem tylko o tym, że jak już wrócę na boisko w ogóle nie będę się przejmował tym co było, tylko cieszył się tym co robię. W piłce trzeba cieszyć się każdym dobrym zagraniem, każdą zdobytą bramką i minutą spędzoną na boisku. To jest taki sport, że czasami jedno niefortunne zagranie może cię kosztować kilkunastomiesięczny rozbrat z futbolem. To wielki psychiczny cios dla kogoś, kto kocha to co robi, a ja swój zawód kocham.
Rafał Sadowski jest dziś innym człowiekiem niż kilkanaście miesięcy wcześniej?
- Mentalnie na pewno tak. Kiedy pierwszy raz zerwałem więzadła mówiłem sobie, że to wypadek, że już nigdy więcej mi się to nie przydarzy. Niestety los chciał, że w trakcie rehabilitacji doznałem kontuzji po raz kolejny. To wszystko wzmocniło mnie psychicznie, na pewno jestem dziś człowiekiem silniejszym, który nie boi się stawić czoła przeciwnościom. Skupiam się na tym co jest teraz, co przede mną. Chcę znowu czuć radość z przebywania na boisku, dzielić się nią z rodziną, kibicami, kolegami z GieKSy.
Jak oceniasz grę GKS-u Katowice z perspektywy trybun?
- Mieliśmy różne momenty. Czasami bywało bardzo trudno. I organizacyjnie, i pod względem czysto sportowym. Przegrywaliśmy te mecze, raz zasłużenie, a raz na własne życzenie. Było jednak też mnóstwo meczów, w których stawałem się kibicem, skakałem, śpiewałem, robiłem wszystko, by chłopakom na boisku pomóc dopingiem. Zwłaszcza jesienią tych momentów dobrych było w naszej grze więcej niż złych. Kilku chłopaków znacznie się wybijało na tle rywali, a nawet całej ligi i to jest nasz wielki atut przed rundą wiosenną.
Przez cały ten czas czułeś się GieKSiarzem?
- Najbardziej denerwowało mnie to, że kiedy chłopakom nie szło nie mogłem wejść na boisko i im pomóc. Czułem się częścią tego zespołu i po porażkach nie umiałem wyjść z szatni. Siedziałem tam tak długo, jak się tylko dało. Tak samo było po zwycięstwach. Czuło się ducha tej drużyny i atmosfera była rewelacyjna. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że przez ten okres widziałem w naszym wykonaniu więcej meczów fajniejszych, które do końca trzymały w napięciu. Wiadomo, że dla kibica może być to denerwujące, ale przecież te emocje są solą futbolu. Dla nich przychodzi się na stadion i mam nadzieję, że na wiosnę te trybuny z meczu na mecz będą coraz bardziej wypełnione i głośniejsze.
Rozmawiał Marcin Ziach
Polecane
I liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku