Przez rok odpocznie, bo grał i trenował z zerwanym więzadłem...
24.08.2011
Sam poprosił o zmianę w meczu GKS-u Katowice z Niecieczą, bo poczuł "chrupnięcie" w kolanie. - Sądziłem, że to łąkotka, więc miesiąc przerwy i wracam na boisko. Niestety, wrócę w przyszłe wakacje, bo sprawdza się "czarny scenariusz". Powód? Okazało się, że grałem i trenowałem, choć więzadło w kolanie "odpadło" - opowiada Rafał Sadowski.
Kiedy "odpadło", skoro normalnie pan grał?!
- Lekarze ocenili, że nie jest to "świeży" uraz, lecz stało się to jakiś czas temu. Dowiedziałem się o tym leżąc na stole. Byłem zszokowany, bo kolano nie straciło stabilności, nie opadało, nie załamywało się... Okazało się, że miałem na tyle mocne nogi, że mięśnie trzymały wszystko razem. Lekarze w trakcie operacji przed tygodniem wycięli kawałek łąkotki i zakleili dziury w kościach, które zostały po zabiegu sprzed czterech lat.
No właśnie, już wtedy doznał pan kontuzji i była potrzebna rekonstrukcja tych więzadeł...
- Doszło do niej jeszcze w czasach, kiedy grałem w SMS-ie. Wchodziłem wtedy na poziom seniorski i doznałem urazu w meczu. Po siedmiu miesiącach wróciłem do treningu, a po ośmiu zacząłem normalnie grać. Mam nadzieję, że teraz moje kolano zostanie wreszcie "naprawione" w 100 procentach, tak, jak być powinno już cztery lata temu.
I mówi pan o tym z takim spokojem?
- Człowiek, który doznał poważnej kontuzji, ma różne myśli, ale... Nie ma sensu płakać i wyzywać wszystkich dookoła, mieć pretensje do całego świata. Trzeba to przyjąć. Przecież to nie jest koniec świata. Medycyna poszła do przodu. Piłka to całe moje życie. Mam zamiar grać jeszcze bardzo długo. Kolejna operacja mi w tym nie przeszkodzi. Jedną mam już za sobą, teraz rehabilitacja, drugi zabieg i znów rehabilitacja. Postaram się tego czasu nie zmarnować, wyciągnąć z tego okresu jakieś pozytywy.
Znów pan zaskakuje. Jakie pozytywy można wyciągnąć z tej sytuacji?
- Racja, nie mogę robić tego, co uwielbiam. Niektórzy koledzy uśmiechają się, mówiąc, że oni to chcieliby przez rok nie chodzić do pracy i dostawać pieniądze. Ale ja swoją robotę uwielbiam. A pozytywy? Nie ma ich za wiele, ale chcę "pozaliczać" wszystko w szkole i robić kurs trenerski, bo chciałbym kiedyś działać w tym fachu. Zadbam też o to, by nie przybrać na wadze. Poza tym pozostanie... odliczać czas do powrotu na boisko.

Wciąż w pana głosie wyczuwalny jest duży optymizm...
- Gdybym był po "trzydziestce", to pewnie skończyłby z graniem. Ale jestem jeszcze młody! Muszę to przetrwać. Zresztą o powrót do zdrowia się nie martwię, bo znam siebie i swój organizm. Do tego dojdzie aspekt psychiczny. Jeśli wejdę w trening i poczuję, że wszystko jest OK, to nie ma siły!
Wróci pan na murawę przy Bukowej... Póki co, pozostaje rola kibica.
- I przyznam, że nie jest łatwo siedzieć na trybunach. Człowiek jest blisko czegoś, a nie może z tego skorzystać, wejść, pomóc... Najchętniej już teraz wybiegłbym na murawę. Na razie w tych pierwszych dniach radzę sobie z frustracją, ale jak pan zadzwoni za jakieś dwa miesiące, to powiem, czy jej poziom nie podskoczył.
Może jako obserwator zna pan odpowiedź na pytanie, czego brakuje GKS-owi, by wygrywać?
- Chłopcy w meczu z Flotą byli znacznie lepsi. Powinni byli wygrać. Sędzia nie uznał bramki za rzekome zagranie ręką, którego nie było. Jeśli nie "zły gwizdek", to brak szczęścia. Jeśli nie brak szczęścia, to brak zimnej krwi. Ale przełamanie już wkrótce nadejdzie!
Rozmawiał Krzysztof Kubicki
Kiedy "odpadło", skoro normalnie pan grał?!
- Lekarze ocenili, że nie jest to "świeży" uraz, lecz stało się to jakiś czas temu. Dowiedziałem się o tym leżąc na stole. Byłem zszokowany, bo kolano nie straciło stabilności, nie opadało, nie załamywało się... Okazało się, że miałem na tyle mocne nogi, że mięśnie trzymały wszystko razem. Lekarze w trakcie operacji przed tygodniem wycięli kawałek łąkotki i zakleili dziury w kościach, które zostały po zabiegu sprzed czterech lat.
No właśnie, już wtedy doznał pan kontuzji i była potrzebna rekonstrukcja tych więzadeł...
- Doszło do niej jeszcze w czasach, kiedy grałem w SMS-ie. Wchodziłem wtedy na poziom seniorski i doznałem urazu w meczu. Po siedmiu miesiącach wróciłem do treningu, a po ośmiu zacząłem normalnie grać. Mam nadzieję, że teraz moje kolano zostanie wreszcie "naprawione" w 100 procentach, tak, jak być powinno już cztery lata temu.
I mówi pan o tym z takim spokojem?
- Człowiek, który doznał poważnej kontuzji, ma różne myśli, ale... Nie ma sensu płakać i wyzywać wszystkich dookoła, mieć pretensje do całego świata. Trzeba to przyjąć. Przecież to nie jest koniec świata. Medycyna poszła do przodu. Piłka to całe moje życie. Mam zamiar grać jeszcze bardzo długo. Kolejna operacja mi w tym nie przeszkodzi. Jedną mam już za sobą, teraz rehabilitacja, drugi zabieg i znów rehabilitacja. Postaram się tego czasu nie zmarnować, wyciągnąć z tego okresu jakieś pozytywy.
Znów pan zaskakuje. Jakie pozytywy można wyciągnąć z tej sytuacji?
- Racja, nie mogę robić tego, co uwielbiam. Niektórzy koledzy uśmiechają się, mówiąc, że oni to chcieliby przez rok nie chodzić do pracy i dostawać pieniądze. Ale ja swoją robotę uwielbiam. A pozytywy? Nie ma ich za wiele, ale chcę "pozaliczać" wszystko w szkole i robić kurs trenerski, bo chciałbym kiedyś działać w tym fachu. Zadbam też o to, by nie przybrać na wadze. Poza tym pozostanie... odliczać czas do powrotu na boisko.

Wciąż w pana głosie wyczuwalny jest duży optymizm...
- Gdybym był po "trzydziestce", to pewnie skończyłby z graniem. Ale jestem jeszcze młody! Muszę to przetrwać. Zresztą o powrót do zdrowia się nie martwię, bo znam siebie i swój organizm. Do tego dojdzie aspekt psychiczny. Jeśli wejdę w trening i poczuję, że wszystko jest OK, to nie ma siły!
Wróci pan na murawę przy Bukowej... Póki co, pozostaje rola kibica.
- I przyznam, że nie jest łatwo siedzieć na trybunach. Człowiek jest blisko czegoś, a nie może z tego skorzystać, wejść, pomóc... Najchętniej już teraz wybiegłbym na murawę. Na razie w tych pierwszych dniach radzę sobie z frustracją, ale jak pan zadzwoni za jakieś dwa miesiące, to powiem, czy jej poziom nie podskoczył.
Może jako obserwator zna pan odpowiedź na pytanie, czego brakuje GKS-owi, by wygrywać?
- Chłopcy w meczu z Flotą byli znacznie lepsi. Powinni byli wygrać. Sędzia nie uznał bramki za rzekome zagranie ręką, którego nie było. Jeśli nie "zły gwizdek", to brak szczęścia. Jeśli nie brak szczęścia, to brak zimnej krwi. Ale przełamanie już wkrótce nadejdzie!
Rozmawiał Krzysztof Kubicki
Polecane
I liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku