Pitry na dwie bramki czekał prawie dwa lata. Komu je zadedykował?
14.08.2011
Długo, bo od 3 października 2009 roku, czekałeś na taki moment, kiedy strzelisz dwie bramki. Mimo remisu z Ruchem masz powody do radości.
- Każdy napastnik jest z tego zadowolony, chociaż nie jestem tym typowym, wysuniętym. Ja też dawno w lidze nie strzeliłem gola, więc to przełamanie mnie cieszy. To podbudowuje przed następnymi spotkaniami. Szkoda tylko, że nie wygraliśmy.
Czyli jesteś z siebie zadowolony?
- To były ważne dla mnie bramki, ale do końca nie jestem z siebie zadowolony. Jest jeszcze dużo mankamentów w mojej grze. Wiele rzeczy do poprawienia na następne mecze. Ale na pewno cieszę się z tych bramek i dedykuję je mojej córeczce Amelii i żonie Sylwii.
Udany mecz okupiłeś kolanem obłożonym lodem. Co z nim nie tak?
- Już w pierwszej połowie dostałem w to kolano. Niestety, nie byłem w stanie dokończyć zawodów. Myślę jednak, że to nic poważnego. Ten uraz nie powinien mnie wykluczyć z następnych meczów.
Rzut karny był kluczowym momentem derbów. Przy podchodzeniu do piłki twoje serce zaczęło bić szybciej?
- Na pewno, bo to jednak jest sytuacja stresowa. Ale byłem skoncentrowany, wiedziałem, jak chcę uderzyć. Wydaje mi się, że bramkarz nie wyczuł tego, gdzie będę strzelał. Tym bardziej mnie to cieszy, że ten karny wpadł, bo to daję trochę więcej pewności, gdy znów dojdzie do takiej sytuacji.

Biorąc pod uwagę to, jak ułożył wam się mecz z Ruchem, z jednego punktu chyba możecie być zadowoleni. Wydawało się, że to już dla GKS-u przegrane spotkanie…
- No, szczególnie w drugiej połowie. Na jej początku dostaliśmy bramkę, graliśmy w "10". Nikt już nie wierzył w to, że się tutaj podniesiemy. Graliśmy jednak do końca, potrafiliśmy stwarzać sytuacje. Wiedzieliśmy, że jak trafimy Radzionków, to na pewno pójdziemy za ciosem i spróbujemy doprowadzić do wyrównania. Udało się i to dodało nam skrzydeł.
Kibice GKS-u, dostrzegając zalety mokrej murawy, doradzali wam z trybun strzały z dystansu. Niewiele ich było w waszym wykonaniu…
- Może dlatego, że wiedzieliśmy, iż Radzionków ma bardzo zagęszczony środek pola i chcieliśmy grać bokami. Możliwe, że strzelaliśmy zbyt rzadko. Ale fajnie mówić, gdy się obserwuje z boku, że ktoś ma piłkę i może strzelić. Na boisku wygląda to inaczej… Szkoda, że bramkarz sparował strzał Grzesia Goncerza na słupek, bo mogliśmy z Ruchem wygrać. Zabrakło szczęścia.
Rozmawiał Adrian Wawrzyczek
- Każdy napastnik jest z tego zadowolony, chociaż nie jestem tym typowym, wysuniętym. Ja też dawno w lidze nie strzeliłem gola, więc to przełamanie mnie cieszy. To podbudowuje przed następnymi spotkaniami. Szkoda tylko, że nie wygraliśmy.
Czyli jesteś z siebie zadowolony?
- To były ważne dla mnie bramki, ale do końca nie jestem z siebie zadowolony. Jest jeszcze dużo mankamentów w mojej grze. Wiele rzeczy do poprawienia na następne mecze. Ale na pewno cieszę się z tych bramek i dedykuję je mojej córeczce Amelii i żonie Sylwii.
Udany mecz okupiłeś kolanem obłożonym lodem. Co z nim nie tak?
- Już w pierwszej połowie dostałem w to kolano. Niestety, nie byłem w stanie dokończyć zawodów. Myślę jednak, że to nic poważnego. Ten uraz nie powinien mnie wykluczyć z następnych meczów.
Rzut karny był kluczowym momentem derbów. Przy podchodzeniu do piłki twoje serce zaczęło bić szybciej?
- Na pewno, bo to jednak jest sytuacja stresowa. Ale byłem skoncentrowany, wiedziałem, jak chcę uderzyć. Wydaje mi się, że bramkarz nie wyczuł tego, gdzie będę strzelał. Tym bardziej mnie to cieszy, że ten karny wpadł, bo to daję trochę więcej pewności, gdy znów dojdzie do takiej sytuacji.

Biorąc pod uwagę to, jak ułożył wam się mecz z Ruchem, z jednego punktu chyba możecie być zadowoleni. Wydawało się, że to już dla GKS-u przegrane spotkanie…
- No, szczególnie w drugiej połowie. Na jej początku dostaliśmy bramkę, graliśmy w "10". Nikt już nie wierzył w to, że się tutaj podniesiemy. Graliśmy jednak do końca, potrafiliśmy stwarzać sytuacje. Wiedzieliśmy, że jak trafimy Radzionków, to na pewno pójdziemy za ciosem i spróbujemy doprowadzić do wyrównania. Udało się i to dodało nam skrzydeł.
Kibice GKS-u, dostrzegając zalety mokrej murawy, doradzali wam z trybun strzały z dystansu. Niewiele ich było w waszym wykonaniu…
- Może dlatego, że wiedzieliśmy, iż Radzionków ma bardzo zagęszczony środek pola i chcieliśmy grać bokami. Możliwe, że strzelaliśmy zbyt rzadko. Ale fajnie mówić, gdy się obserwuje z boku, że ktoś ma piłkę i może strzelić. Na boisku wygląda to inaczej… Szkoda, że bramkarz sparował strzał Grzesia Goncerza na słupek, bo mogliśmy z Ruchem wygrać. Zabrakło szczęścia.
Rozmawiał Adrian Wawrzyczek
Polecane
I liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku