Napastnik Ruchu: Nigdy nie grałem w tak szalonym meczu!
11.04.2012
Wprowadzony za Macieja Jankowskiego napastnik chorzowian spisał się wczoraj bez zarzutu, dwa razy celnie strzelając z rzutu karnego. Najpierw w czasie gry, a później w serii "jedenastek". - Szczerze, nie było mi ciężko podejść i strzelić z "wapna". Wręcz odwrotnie, mi się podoba, kiedy ode mnie zależą losy drużyny. Lubię brać odpowiedzialność na siebie. Wiadomo, że człowiek nie jest ze stali i nie wie, czy na pewno strzeli, ale ryzyko trzeba podejmować. Na szczęście na razie się udaje i będę nadal ćwiczył te karne. Choć chciałbym też wreszcie trafić z gry - nie ukrywa Abbott.
Napastnik "Niebieskich" przyznaje, że ani w tym meczu ani w starciu z Legią Warszawa, chorzowianie nie spisali się dobrze. - My będziemy pierwszymi, którzy to przyznają. Nie zagraliśmy dobrych meczów, choć na Legii wyglądało to trochę lepiej. Tutaj przed rewanżem w Krakowie wszyscy mówili, że Ruch ma pewny awans. My wiedzieliśmy, że mamy zaliczkę, ale z aktualnym mistrzem na jego boisku nie może pójść łatwo. Niestety, strzelili nam te bramki. Z gry zdajemy sobie sprawę, że Wisła była lepsza i wynik to pokazuje. Nas uratowały te karne, które są loterią. Dlatego trochę współczujemy Wiśle, choć cieszymy się, że gramy dalej - tłumaczy napastnik.
Abbott był jednym z niewielu zawodników, którzy nie rzucili się z radością do Matko Perdijicia po piątej serii rzutów karnych, gdy chorwacki bramkarz zatrzymał strzał Cwetana Genkowa. - Od razu zobaczyłem chorągiewkę sędziego w górze i wiedziałem, że będzie powtórka. Trzeba pogratulować Matko, że wybronił potem karnego i zapewnił nam awans - mówi były gracz angielskich klubów.
Do awansu bardzo przyczyniły się też wspomniane dwa karne Abbotta. Kto wie, może jego sekret tkwi w tym, że... analizuje zachowania bramkarzy? - Wybieram sobie zawsze róg i strzelam. Dziś Pareiko mnie dwa razy "przeczytał", ale widać te karne były dobrze bite. Ja dużo rozmawiam z naszymi bramkarzami i pytam, jak może się zachować golkiper rywali, gdzie się będzie rzucał. Wydają zawsze swoje opinie. Bramkarze nas analizują, ale my też analizujemy, żeby szanse były równe. Z karnym jest loteria. Czasem źle strzelisz, a rywal się gdzie indziej rzuci i zdobędziesz gola. Dlatego ja chciałbym trafić w gry... Choć wiadomo, że bramka to bramka, zawsze cieszy. Nawet na treningu - uśmiecha się zdobywca jedynego trafienia dla chorzowian przy Reymonta.

Doświadczony już przecież napastnik przyznaje, że nigdy wcześniej nie grał w tak szalonym meczu. - Nie zdarzyło mi się to. Raz, jeszcze w Anglii, walczyliśmy w barażach o awans do wyższej ligi i też były rzuty karne, ale ja już wtedy siedziałem na ławce i nie strzelałem. A dziś to po prostu góra, dół, góra, dół. Przegrywaliśmy 0-2, potem radość z 1-2, strata gola i konieczność gry w dogrywce, potem smutek ze straty gola, radość z tego, że sędzia nie uznał. Radość z tego, że Matko obronił karnego. Smutek, że "jedenastka" została powtórzona. Wreszcie radość z awansu - wylicza podekscytowany Abbott.
Jego zdaniem tak morderczy bój nie wpłynie na postawę w niedzielnym meczu z Górnikiem. - To nas tylko naładuje. Teraz jesteśmy zmęczeni, ale w środę mamy rozruch, a potem jeszcze kilka dni. Moglibyśmy w Krakowie grać jeszcze cztery godziny, a i tak byśmy się zregenerowali - kończy Paweł Abbott.
Napastnik "Niebieskich" przyznaje, że ani w tym meczu ani w starciu z Legią Warszawa, chorzowianie nie spisali się dobrze. - My będziemy pierwszymi, którzy to przyznają. Nie zagraliśmy dobrych meczów, choć na Legii wyglądało to trochę lepiej. Tutaj przed rewanżem w Krakowie wszyscy mówili, że Ruch ma pewny awans. My wiedzieliśmy, że mamy zaliczkę, ale z aktualnym mistrzem na jego boisku nie może pójść łatwo. Niestety, strzelili nam te bramki. Z gry zdajemy sobie sprawę, że Wisła była lepsza i wynik to pokazuje. Nas uratowały te karne, które są loterią. Dlatego trochę współczujemy Wiśle, choć cieszymy się, że gramy dalej - tłumaczy napastnik.
Abbott był jednym z niewielu zawodników, którzy nie rzucili się z radością do Matko Perdijicia po piątej serii rzutów karnych, gdy chorwacki bramkarz zatrzymał strzał Cwetana Genkowa. - Od razu zobaczyłem chorągiewkę sędziego w górze i wiedziałem, że będzie powtórka. Trzeba pogratulować Matko, że wybronił potem karnego i zapewnił nam awans - mówi były gracz angielskich klubów.
Do awansu bardzo przyczyniły się też wspomniane dwa karne Abbotta. Kto wie, może jego sekret tkwi w tym, że... analizuje zachowania bramkarzy? - Wybieram sobie zawsze róg i strzelam. Dziś Pareiko mnie dwa razy "przeczytał", ale widać te karne były dobrze bite. Ja dużo rozmawiam z naszymi bramkarzami i pytam, jak może się zachować golkiper rywali, gdzie się będzie rzucał. Wydają zawsze swoje opinie. Bramkarze nas analizują, ale my też analizujemy, żeby szanse były równe. Z karnym jest loteria. Czasem źle strzelisz, a rywal się gdzie indziej rzuci i zdobędziesz gola. Dlatego ja chciałbym trafić w gry... Choć wiadomo, że bramka to bramka, zawsze cieszy. Nawet na treningu - uśmiecha się zdobywca jedynego trafienia dla chorzowian przy Reymonta.
Doświadczony już przecież napastnik przyznaje, że nigdy wcześniej nie grał w tak szalonym meczu. - Nie zdarzyło mi się to. Raz, jeszcze w Anglii, walczyliśmy w barażach o awans do wyższej ligi i też były rzuty karne, ale ja już wtedy siedziałem na ławce i nie strzelałem. A dziś to po prostu góra, dół, góra, dół. Przegrywaliśmy 0-2, potem radość z 1-2, strata gola i konieczność gry w dogrywce, potem smutek ze straty gola, radość z tego, że sędzia nie uznał. Radość z tego, że Matko obronił karnego. Smutek, że "jedenastka" została powtórzona. Wreszcie radość z awansu - wylicza podekscytowany Abbott.
Jego zdaniem tak morderczy bój nie wpłynie na postawę w niedzielnym meczu z Górnikiem. - To nas tylko naładuje. Teraz jesteśmy zmęczeni, ale w środę mamy rozruch, a potem jeszcze kilka dni. Moglibyśmy w Krakowie grać jeszcze cztery godziny, a i tak byśmy się zregenerowali - kończy Paweł Abbott.
Polecane