Moskal: Lont został podpalony znacznie wcześniej
31.10.2014
Sport Śląski: GKS poprowadził pan w 43 meczach ligowych. Z pana perspektywy czas spędzony w Katowicach miał więcej plusów czy minusów?
Kazimierz Moskal: Dla mnie było to kapitalne doświadczenie, zresztą powiedziałem o tym zawodnikom w szatni. Były wzloty i upadki, ale taka jest praca trenera.
SŚ: Wejście do zespołu miał Pan kapitalne, niemal równo rok temu wygrywacie z Termaliką i kibice skandują Pana nazwisko, dziś już pan przy Bukowej nie pracuje
KM: Mówi się, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Zawsze jesteśmy rozliczani z wyników i od tego nie uciekniemy. Ja już wtedy w Niecieczy miałem świadomość, że to wszystko może się szybko zmienić. Ja twardo stąpam po ziemi. Z jednej strony nie dziwię się kibicom, oczekiwana w tym klubie są zawsze duże.
SŚ: Czy te oczekiwania nie są jednak zbyt duże? Tak naprawdę od czasu występów GieKSy w 1.lidze miejsce z zeszłego sezonu było najlepsze w tym okresie.
KM: Trudno kibicom odbierać nadzieję na powrót GieKSy do ekstraklasy. Jeśli ktoś pamięta te występy w pucharach i ekstraklasie, to na pewno za tym tęskni. Jednak od tego czasu minęło już sporo czasu, wiele się zmieniło, były problemy. Kiedy 2 lata temu przyjechałem do Katowic z Termaliką - mówiło się o tym, że GKS nie dogra sezonu do końca. Czy oczekiwania są zasadne? My latem podjęliśmy przebudowę zespołu. Troszkę odmłodziliśmy drużynę, obcięliśmy koszty. Budowa zespołu, to jednak długofalowy okres. Nie zawsze wszystko działa już w pierwszej fazie tej budowy. Dlatego też wyszło, jak wyszło.
SŚ: Pojawiają się zarzuty, że zespół był źle przygotowanie fizyczne.
KM: Zawsze łatwo dorobić ideologię po fakcie. Ja nie uważam, żebyśmy byli źle przygotowani. To, jak zespół wygląda w danym meczu o tym decydują detale. Można mówić, że czasem ta dyspozycja dnia nie była najlepsza, ale na pewno nie można powiedzieć, że zespół był nieprzygotowany.
SŚ: Jak pan wytłumaczy słabą postawę drużyny wiosną tego roku?
KM: Gdzieś usłyszałem stwierdzenie, że nadzieja przynosi rozczarowanie i chyba tak było z nami. Nadzieje rozbudzone jesienią przyniosły rozczarowanie wiosną. Myślę, że coś się wydarzyło po meczu z Okocimskim. W pierwszym meczu w Nowym Sączu przegraliśmy bardzo pechowo, bo dobrym spotkaniu. Mecz z Okocimskim urósł do rangi spotkania o być albo nie być. I potoczył się tak, ze przy 0:0 nie strzeliliśmy karnego, w końcówce straciliśmy bramkę. Grając u siebie musieliśmy dążyć do zwycięstwa. Nie udało się i to był moim zdaniem mecz przełomowy. Po Arce podałem się do dymisji, bo mieliśmy niewielką stratę do lidera, a odpadaliśmy z walki o awans. Ja czułem się za to odpowiedzialny. Zarząd dymisji nie przyjął i pracowaliśmy dalej.
SŚ: Latem przyszli nowi, ale chyba nie dali tyle drużynie, ile od nich oczekiwano?
KM: Trudno już teraz oceniać te transfery. Każdy potrzebuje czasu na aklimatyzację. My mieliśmy listę zawodników, których chcieliśmy sprowadzić. Nie wszystkich udało się z tej listy pozyskać. Ci, którzy przyszli byli jednak na niej wysoko. Najlepszym przykładem tego, że nie każdy transfer od razu wypala jest przykład Maćka Żurawskiego, który po przejściu z Lecha do Wisły przez półtora roku nie potrafił wywalczyć miejsca w składzie, a przychodził jako zawodnik już o określonej marce. My sobie zdawaliśmy sprawę, że zimą trzeba będzie pomyśleć o kolejnych wzmocnieniach.
SŚ: Tuż po końcowym gwizdku w meczu ze Stomilem widzieliśmy u pana niespotykany wybuch radości i gesty w kierunku trybuny głównej. To efekt tej ogromnej presji, która zeszła po zwycięskim golu?
KM: Ja myślę, że tak. Presja w GKS-ie jest od zawsze i zawsze tam będzie. Doszliśmy do takiego punktu, że każdy inny wynik niż zwycięstwo potęgował niezadowolenie. Nawet po meczu ze Stomilem atmosfera była taka jak byśmy ten mecz zremisowali. Nie mówię tego z żadnym wyrzutem w kierunku zarządu, ale ten lont został podpalony znacznie wcześniej. Każde potknięcie potęgowało niezadowolenie i zarząd podjął decyzję o mojej dymisji
SŚ: Wielu kibiców zastanawiało się skąd decyzja o wystawieniu na mecz z Dolcanem do bramki Antonina Buczka, w miejsce nieźle grającego ostatnio Rafała Dobrolińskiego?
KM: Obserwowałem Antona w tygodniu przed meczem i wyglądał nieźle. Liczyłem, ze w meczu z Dolcanem Anton będzie bardziej potrzebny, bo Dolcan ma wysokich zawodników, potrafiących zagrozić przy stałych fragmentach, a Bucek lepiej czuje się na przedpolu od Rafała. Stąd taka decyzja. Poza tym Anton był podstawowym bramkarzem, przydarzyły mu się błędy, odpoczął i zasługiwał na kolejną szansę. Ja absolutnie nie mam żadnych zastrzeżeń do Rafała. Żadnego meczu nam nie zawalił. Czasem przychodzi taki mecz, gdy zawodnika dobiera się pod kątem rywala. Gdybyśmy tamten mecz wygrali, to nikt by na tę zmianę nie zwracał uwagi. Pierwszy raz przydarzył mi się mecz, w którym tak szybko znalazłem się na deskach.
SŚ: Chyba zgodzi się Pan, że sytuacja byłaby jeszcze gorsza gdyby nie Grzegorz Goncerz, który z formą strzelecką wypalił w tym sezonie nieprawdopodobnie.
KM: Grzesiek pracował na to cały czas. Odkąd tu przyszedłem wykazywał chęć do pracy, ale jesienią zeszłego roku jeszcze borykał się z kłopotami zdrowotnymi. Oczywiście bardzo się cieszę z jego postawy, bo jego przykład pokazuje, że nie wszystko co robiliśmy w tej drużynie było złe. Z drugiej strony żałuję, ze w tak dużym stopniu nasze strzelanie bramek było uzależnione od niego. Choć prawdziwym problemem ni była liczna strzelonych, a liczba straconych bramek. Bo w każdy meczu rundy jesiennej strzelaliśmy bramki, a w tylko jednym zachowaliśmy czyste konto.
SŚ: Czuje Pan duży niedosyt, ze nie udało się osiągnąć celu?
KM: Nie żałuje niczego co się stało. Ta presja była taka, że czułem od dłuższego czasu, że każdy niewygrany mecz zbliża mnie do dymisji. Prezes miał prawo mnie zwolnić, może liczył reakcję zespołu
SŚ: Ta presja o której Pan mówi piłkarzom też pętała nogi?
KM: Po niektórych zawodnikach było widać, ze ta presja pęta nogi. Tłumaczyliśmy im, ze z tym trzeba walczyć, że po prostu jest to element piłki nożnej. Czasem te trybuny buczały, pojawiały się wyzwiska, była wizyta pod szatnia - to też chyba jest już wpisane w ten klub. Ja też próbowałem z kibicami rozmawiać. Oczywiście to jest prawo kibica, on ma prawo oczekiwać zwycięstw, zaangażowania i dobrej gry. Ja chciałem, żebyśmy byli oceniani po 90-minutach, a nie w trakcie meczu, kiedy zespół traci bramkę i ma czas, żeby to zmienić. Wtedy właśnie to wsparcie jest najbardziej potrzebne.
SŚ: Czego brakuje GieKSie do awansu?
KM: Wiele osób musi przestać żyć przeszłością. Trzeba mieć świadomość, że na budowę zespołu potrzeba czasu. Jeśli nowy trener wygra kilka spotkań, to nie znaczy, ze już wszystko jest super, a jeśli przegra nie znaczy, że jest do kitu i trzeba znowu wszystko odwracać do góry nogami: system, zawodników itp. Ważna jest stabilizacja i cierpliwość.
SŚ Jest coś co patrząc wstecz zmieniłby Pan w swojej pracy w Katowicach?
KM: Raczej nie. Po meczach przychodziły różne myśli co do wyborów personalnych, taktycznych. Ja wiem, że każdy popełnia błędy, ale chyba dalej dokonywałbym podobnych wyborów. My chcieliśmy grać w piłkę, ofensywnie, zwłaszcza w meczach u siebie. Mając jednak straty w środku polu, wiele bramek traciliśmy po kontrach rywali.
Kazimierz Moskal: Dla mnie było to kapitalne doświadczenie, zresztą powiedziałem o tym zawodnikom w szatni. Były wzloty i upadki, ale taka jest praca trenera.
SŚ: Wejście do zespołu miał Pan kapitalne, niemal równo rok temu wygrywacie z Termaliką i kibice skandują Pana nazwisko, dziś już pan przy Bukowej nie pracuje
KM: Mówi się, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Zawsze jesteśmy rozliczani z wyników i od tego nie uciekniemy. Ja już wtedy w Niecieczy miałem świadomość, że to wszystko może się szybko zmienić. Ja twardo stąpam po ziemi. Z jednej strony nie dziwię się kibicom, oczekiwana w tym klubie są zawsze duże.
SŚ: Czy te oczekiwania nie są jednak zbyt duże? Tak naprawdę od czasu występów GieKSy w 1.lidze miejsce z zeszłego sezonu było najlepsze w tym okresie.
KM: Trudno kibicom odbierać nadzieję na powrót GieKSy do ekstraklasy. Jeśli ktoś pamięta te występy w pucharach i ekstraklasie, to na pewno za tym tęskni. Jednak od tego czasu minęło już sporo czasu, wiele się zmieniło, były problemy. Kiedy 2 lata temu przyjechałem do Katowic z Termaliką - mówiło się o tym, że GKS nie dogra sezonu do końca. Czy oczekiwania są zasadne? My latem podjęliśmy przebudowę zespołu. Troszkę odmłodziliśmy drużynę, obcięliśmy koszty. Budowa zespołu, to jednak długofalowy okres. Nie zawsze wszystko działa już w pierwszej fazie tej budowy. Dlatego też wyszło, jak wyszło.
SŚ: Pojawiają się zarzuty, że zespół był źle przygotowanie fizyczne.
KM: Zawsze łatwo dorobić ideologię po fakcie. Ja nie uważam, żebyśmy byli źle przygotowani. To, jak zespół wygląda w danym meczu o tym decydują detale. Można mówić, że czasem ta dyspozycja dnia nie była najlepsza, ale na pewno nie można powiedzieć, że zespół był nieprzygotowany.
SŚ: Jak pan wytłumaczy słabą postawę drużyny wiosną tego roku?
KM: Gdzieś usłyszałem stwierdzenie, że nadzieja przynosi rozczarowanie i chyba tak było z nami. Nadzieje rozbudzone jesienią przyniosły rozczarowanie wiosną. Myślę, że coś się wydarzyło po meczu z Okocimskim. W pierwszym meczu w Nowym Sączu przegraliśmy bardzo pechowo, bo dobrym spotkaniu. Mecz z Okocimskim urósł do rangi spotkania o być albo nie być. I potoczył się tak, ze przy 0:0 nie strzeliliśmy karnego, w końcówce straciliśmy bramkę. Grając u siebie musieliśmy dążyć do zwycięstwa. Nie udało się i to był moim zdaniem mecz przełomowy. Po Arce podałem się do dymisji, bo mieliśmy niewielką stratę do lidera, a odpadaliśmy z walki o awans. Ja czułem się za to odpowiedzialny. Zarząd dymisji nie przyjął i pracowaliśmy dalej.
SŚ: Latem przyszli nowi, ale chyba nie dali tyle drużynie, ile od nich oczekiwano?
KM: Trudno już teraz oceniać te transfery. Każdy potrzebuje czasu na aklimatyzację. My mieliśmy listę zawodników, których chcieliśmy sprowadzić. Nie wszystkich udało się z tej listy pozyskać. Ci, którzy przyszli byli jednak na niej wysoko. Najlepszym przykładem tego, że nie każdy transfer od razu wypala jest przykład Maćka Żurawskiego, który po przejściu z Lecha do Wisły przez półtora roku nie potrafił wywalczyć miejsca w składzie, a przychodził jako zawodnik już o określonej marce. My sobie zdawaliśmy sprawę, że zimą trzeba będzie pomyśleć o kolejnych wzmocnieniach.
SŚ: Tuż po końcowym gwizdku w meczu ze Stomilem widzieliśmy u pana niespotykany wybuch radości i gesty w kierunku trybuny głównej. To efekt tej ogromnej presji, która zeszła po zwycięskim golu?
KM: Ja myślę, że tak. Presja w GKS-ie jest od zawsze i zawsze tam będzie. Doszliśmy do takiego punktu, że każdy inny wynik niż zwycięstwo potęgował niezadowolenie. Nawet po meczu ze Stomilem atmosfera była taka jak byśmy ten mecz zremisowali. Nie mówię tego z żadnym wyrzutem w kierunku zarządu, ale ten lont został podpalony znacznie wcześniej. Każde potknięcie potęgowało niezadowolenie i zarząd podjął decyzję o mojej dymisji
SŚ: Wielu kibiców zastanawiało się skąd decyzja o wystawieniu na mecz z Dolcanem do bramki Antonina Buczka, w miejsce nieźle grającego ostatnio Rafała Dobrolińskiego?
KM: Obserwowałem Antona w tygodniu przed meczem i wyglądał nieźle. Liczyłem, ze w meczu z Dolcanem Anton będzie bardziej potrzebny, bo Dolcan ma wysokich zawodników, potrafiących zagrozić przy stałych fragmentach, a Bucek lepiej czuje się na przedpolu od Rafała. Stąd taka decyzja. Poza tym Anton był podstawowym bramkarzem, przydarzyły mu się błędy, odpoczął i zasługiwał na kolejną szansę. Ja absolutnie nie mam żadnych zastrzeżeń do Rafała. Żadnego meczu nam nie zawalił. Czasem przychodzi taki mecz, gdy zawodnika dobiera się pod kątem rywala. Gdybyśmy tamten mecz wygrali, to nikt by na tę zmianę nie zwracał uwagi. Pierwszy raz przydarzył mi się mecz, w którym tak szybko znalazłem się na deskach.
SŚ: Chyba zgodzi się Pan, że sytuacja byłaby jeszcze gorsza gdyby nie Grzegorz Goncerz, który z formą strzelecką wypalił w tym sezonie nieprawdopodobnie.
KM: Grzesiek pracował na to cały czas. Odkąd tu przyszedłem wykazywał chęć do pracy, ale jesienią zeszłego roku jeszcze borykał się z kłopotami zdrowotnymi. Oczywiście bardzo się cieszę z jego postawy, bo jego przykład pokazuje, że nie wszystko co robiliśmy w tej drużynie było złe. Z drugiej strony żałuję, ze w tak dużym stopniu nasze strzelanie bramek było uzależnione od niego. Choć prawdziwym problemem ni była liczna strzelonych, a liczba straconych bramek. Bo w każdy meczu rundy jesiennej strzelaliśmy bramki, a w tylko jednym zachowaliśmy czyste konto.
SŚ: Czuje Pan duży niedosyt, ze nie udało się osiągnąć celu?
KM: Nie żałuje niczego co się stało. Ta presja była taka, że czułem od dłuższego czasu, że każdy niewygrany mecz zbliża mnie do dymisji. Prezes miał prawo mnie zwolnić, może liczył reakcję zespołu
SŚ: Ta presja o której Pan mówi piłkarzom też pętała nogi?
KM: Po niektórych zawodnikach było widać, ze ta presja pęta nogi. Tłumaczyliśmy im, ze z tym trzeba walczyć, że po prostu jest to element piłki nożnej. Czasem te trybuny buczały, pojawiały się wyzwiska, była wizyta pod szatnia - to też chyba jest już wpisane w ten klub. Ja też próbowałem z kibicami rozmawiać. Oczywiście to jest prawo kibica, on ma prawo oczekiwać zwycięstw, zaangażowania i dobrej gry. Ja chciałem, żebyśmy byli oceniani po 90-minutach, a nie w trakcie meczu, kiedy zespół traci bramkę i ma czas, żeby to zmienić. Wtedy właśnie to wsparcie jest najbardziej potrzebne.
SŚ: Czego brakuje GieKSie do awansu?
KM: Wiele osób musi przestać żyć przeszłością. Trzeba mieć świadomość, że na budowę zespołu potrzeba czasu. Jeśli nowy trener wygra kilka spotkań, to nie znaczy, ze już wszystko jest super, a jeśli przegra nie znaczy, że jest do kitu i trzeba znowu wszystko odwracać do góry nogami: system, zawodników itp. Ważna jest stabilizacja i cierpliwość.
SŚ Jest coś co patrząc wstecz zmieniłby Pan w swojej pracy w Katowicach?
KM: Raczej nie. Po meczach przychodziły różne myśli co do wyborów personalnych, taktycznych. Ja wiem, że każdy popełnia błędy, ale chyba dalej dokonywałbym podobnych wyborów. My chcieliśmy grać w piłkę, ofensywnie, zwłaszcza w meczach u siebie. Mając jednak straty w środku polu, wiele bramek traciliśmy po kontrach rywali.
Polecane
I liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku