Miał jechać na testy do klubu Dawida Janczyka, a wylądował w GieKSie
13.10.2010
Na ocenę transferów "last minute" Wojciecha Stawowego dopiero przyjdzie czas. W końcu zawodnicy, jacy trafili do GKS-u w końcówce okienka transferowego albo już po jego zakończeniu tak na dobrą sprawę nie mogli jeszcze pokazać, na co ich stać. Z prostego powodu - przez ostatnie miesiące najczęściej trenowali indywidualnie i na Bukową przyszli w dużymi/ogromnymi zaległościami. Ale o ile na przykład w poczynaniach Janusza Dziedzica widać to wyraźnie, o tyle w grze Tomasza Sokołowskiego już wcale...
Były gracz Amiki Wronki, Legii Warszawa i Arki Gdynia momentalnie wskoczył do pierwszego składu. Ba, nic nie wskazuje na to, by miejsce na lewej stronie obrony miał szybko oddać. A jak to w ogóle było z tym transferem? - Gdy pojawiła się oferta z GKS-u, to długo się nie zastanawiałem. Wiadomo, w jakiej byłem sytuacji. Sezon się zaczął, a ja wciąż nie miałem klubu. Była co prawda opcja gry w jednej z niższych lig, ale nie byłem nią zainteresowany. Chciałem nadal występować w ekstraklasie, ewentualnie na jej zapleczu - tłumaczy.
Sokołowski przyznaje też, że forma była zagadką nawet dla niego samego... - Tak już jest, kiedy w okresie przygotowawczym trenuje się głównie samemu. Pomogło mi jednak to, że przez trzy tygodnie korzystałem z gościnności Znicza Pruszków. Bardzo zależało mi wtedy na zajęciach z jakimś zespołem, bo akurat pojawił się temat testów w belgijskim Germinalu Beerschot, tym samym, gdzie gra Dawid Janczyk. Ale ostatecznie sprawa z Belgami się rozmyła - wyjaśnia.
Inna sprawa, że przyjazd na Górny Śląsk to dla niego też całkiem "egzotyczna sprawa". W naszych stronach nigdy wcześniej bowiem nie grał. - To specyficzny region, dla mnie wielka niewiadoma. Fajnie, że spotkałem tu sporo znajomych. Dzięki temu jest mi łatwiej się zaaklimatyzować. Zresztą, jestem już przecież doświadczonym zawodnikiem, więc łatwiej mi niż wtedy, gdy jako młody chłopak trafiałem do Amiki czy przy okazji transferu do Legii - dodaje.
Były gracz Amiki Wronki, Legii Warszawa i Arki Gdynia momentalnie wskoczył do pierwszego składu. Ba, nic nie wskazuje na to, by miejsce na lewej stronie obrony miał szybko oddać. A jak to w ogóle było z tym transferem? - Gdy pojawiła się oferta z GKS-u, to długo się nie zastanawiałem. Wiadomo, w jakiej byłem sytuacji. Sezon się zaczął, a ja wciąż nie miałem klubu. Była co prawda opcja gry w jednej z niższych lig, ale nie byłem nią zainteresowany. Chciałem nadal występować w ekstraklasie, ewentualnie na jej zapleczu - tłumaczy.
Sokołowski przyznaje też, że forma była zagadką nawet dla niego samego... - Tak już jest, kiedy w okresie przygotowawczym trenuje się głównie samemu. Pomogło mi jednak to, że przez trzy tygodnie korzystałem z gościnności Znicza Pruszków. Bardzo zależało mi wtedy na zajęciach z jakimś zespołem, bo akurat pojawił się temat testów w belgijskim Germinalu Beerschot, tym samym, gdzie gra Dawid Janczyk. Ale ostatecznie sprawa z Belgami się rozmyła - wyjaśnia.
Inna sprawa, że przyjazd na Górny Śląsk to dla niego też całkiem "egzotyczna sprawa". W naszych stronach nigdy wcześniej bowiem nie grał. - To specyficzny region, dla mnie wielka niewiadoma. Fajnie, że spotkałem tu sporo znajomych. Dzięki temu jest mi łatwiej się zaaklimatyzować. Zresztą, jestem już przecież doświadczonym zawodnikiem, więc łatwiej mi niż wtedy, gdy jako młody chłopak trafiałem do Amiki czy przy okazji transferu do Legii - dodaje.
Polecane
I liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku