Mariusz Śrutwa: Większość tych panów od dłuższego czasu nie ma jaj
09.04.2013
Po ostatnich meczach jest pan spokojny o Ruch Chorzów w meczu z Legią Warszawa?
Mariusz Śrutwa, były napastnik Ruchu Chorzów: - Myślę, że to nie jest problem ani mój, ani kibiców, tylko piłkarzy. To oni mają w tej chwili ogromny problem, aby pokazać, że warto jeszcze na nich przychodzić, warto ich dopingować i warto im ufać. Ja myślę, że wszyscy kibice i ludzie związani z Ruchem będą patrzeć na to, co się wydarzy, troszeczkę przez inny pryzmat. Po meczu w Lubinie chyba wszyscy uważali, że zaczyna się rodzić coś dobrego, że ta drużyna idzie do góry i byli podbudowani grą Ruchu. Ja niestety nie oglądałem spotkania z Podbeskidziem, ale sądząc po komentarzach kibiców i piłkarzy, dochodzę do wniosku, że teraz to zawodnicy powinni pokazać, że warto ich oglądać. Powinni stanąć na głowie, by to spotkanie wygrać. Kibice będą obserwować czy warto im jeszcze zaufać, czy nie pora żeby dojść do wniosku, że ci ludzie w większości nie są godni, żeby biegać z emblematem Ruchu na piersi.
Nie wiem, czy pan słyszał słowa Roberta Chwastka, który mówił o nadmuchaniu atmosfery przez media przed meczem z Podbeskidziem. Wydaje mi się, że przy okazji spotkania z Legią Warszawa w półfinale Pucharu Polski, presja może być jeszcze większa.
- Między innymi do tych słów się odnosiłem, bo ja nie bardzo rozumiem, o co to był mecz. Jakie było napompowanie? Gdyby to był mecz o mistrzostwo Polski albo o utrzymanie, albo o grę w pucharach, albo finał, albo przynajmniej finał Pucharu Polski, to rzeczywiście media mogłyby coś pompować. A tak? To był mecz drużyny, która desperacko się broni przed spadkiem, z drużyną, która zawodzi na całej linii i miała szansę na spokojną dalszą część sezonu. Nie widziałem, żeby tu ktoś pompował atmosferę, żeby przeszkadzał zawodnikom. Takie słowa pewnie tym bardziej dziwią i irytują kibiców oraz tych, którym dobro klubu leży na sercu. Takie wypowiedzi wprawiają w osłupienie, skąd ci ludzie mają takie pomysły. Zamiast po prostu stanąć przed kamerą i powiedzieć: "Tak, byliśmy słabi, jesteśmy słabi, bierzemy to wszystko na siebie, postaramy się w następnym spotkaniu pokazać". Tyle, że żeby coś takiego zrobić, trzeba mieć ambicję, trzeba mieć - po męsku mówiąc - jaja. A większość tych panów od dłuższego czasu ich nie posiada. Takich przykładów można by na przestrzeni ostatnich miesięcy wskazać kilka.
Może pan to zrobić?
- Chociażby porażka w meczu z Koroną, kiedy przy trudnym wyniku i trudnej sytuacji na boisku, nikt nie chciał się do tej drużyny "przyznać", wziąć za nią odpowiedzialności, pociągnąć ją do przodu. To sławetne dziewięć w meczu z Żyliną przed sezonem. Takie coś też świadczy o tym, czy ktoś ma charakter czy nie. A jeszcze wcześniej te pięć w europejskich pucharach, co też było solidną porcją złych informacji i potwierdzenia złej sytuacji w klubie. Zupełnie to jednak nie wpłynęło na podejście piłkarzy do zawodu. W związku z tym, trzeba się chyba w najbliższym czasie spodziewać podobnych wypowiedzi do tej Chwastka. Co mają ci ludzie powiedzieć, skoro na boisku brakuje im ambicji, a poza murawą trzeba to jakoś wytłumaczyć?
Po meczu z Podbeskidziem, piłkarzom trochę się dostało od własnych kibiców. Domagano się zwolnienia Jacka Zielińskiego. Co pan o tym sądzi?
- Jak uczy historia, kibice mają to do siebie, że wielokrotnie tak się wyrażali. Nie tylko teraz, ale w przeszłości również. Mają do tego jakieś prawo. Piłkarze powinni wtedy stanąć naprzeciwko nich i podjąć rozmowę, a przede wszystkim nie uciekać po meczu gdzieś do szatni, bo to tylko pogarsza sytuację i świadczy o ich słabości. Pokazuje, że nie ma kogoś, kto by ich wziął, zmobilizował, wziął odpowiedzialność na siebie, nawet w tych trudnych momentach. Kibice po prostu wyrażają dezaprobatę. Jeżeli już trzeba przegrać spotkanie, to należy to zrobić z jakąś klasą i stylem, a nie tak, że zawodnikom Ruchu odmawiano walki i tego, że podjęli to wyzwanie. Poza tym, to chyba nie pierwsze spotkanie w tym sezonie, kiedy tak to wyglądało. Gdyby to była jednorazowa wpadka, można by nad nią przejść do porządku dziennego. Ale pan chyba doskonale się w orientuje, że to nie pierwsze takie spotkanie.
W "Rzeczpospolitej" Stefan Szczepłek pisał, że PZPN powinien się zająć ostatnim meczem Ruchu, bo zawodnicy grali tak, jakby spotkanie było sprzedane. Podejrzewam, że ani ja ani pan nie mamy takich informacji. Ale nie ma pan wrażenia, że niektórzy zawodnicy są tak słabi, że swoją postawą zwyczajnie takie podejrzewania wzbudzają?
- Oczywiście, że nie mamy takich informacji i jestem daleki od twierdzenia, że tak było. Ale ci ludzie potwierdzają, że nie pasują do tego klubu, nie są godni noszenia tej koszulki. I że niestety w działaniach osób odpowiedzialnych za poczynania kadrowe, coś poszło nie tak. Zapomniano o jednym: kilku ludziach, którzy mają na tyle charyzmy, żeby w trudnych momentach być przywódcami. W tej chwili Ruch nie ma takiego człowieka. Zniwelowano to do pozycji zawodników, którzy grają w klubie jak wiele innych i zupełnie nie poczuwają się do odpowiedzialności. I przede wszystkim - nie chcą tej odpowiedzialności, co było widać np. w Kielcach. Tu jest pewnie jeden z problemów, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, co się stało, że w ciągu ostatnich lat z takich zawodników, którzy by potrafili wziąć ten ciężar na siebie, nie został nikt. Takie decyzje zostały podjęte.
Mimo tego złego obrazu uważa pan, że Ruch utrzymał się już w lidze, czy w tej sytuacji siedem punktów to wcale nie jest bezpieczna przewaga?
- Na pewno Ruch się nie utrzymał w lidze, bo do końca wszyscy będą walczyć, żeby go wyprzedzić. A że są dwa zespoły, które mają taką szansę, to dwa będą walczyć. Natomiast siedem punktów to jest bardzo dużo. Sądzę, że Ruch się mimo wszystko utrzyma, ale myślę, że to w tej chwili nie jest największy problem. Większym jest, co będzie jesienią. Już teraz trzeba o tym myśleć.
Rozmawiał Michał Trela.
Ruch Chorzów - Legia Warszawa
wtorek, 18:30
Mariusz Śrutwa, były napastnik Ruchu Chorzów: - Myślę, że to nie jest problem ani mój, ani kibiców, tylko piłkarzy. To oni mają w tej chwili ogromny problem, aby pokazać, że warto jeszcze na nich przychodzić, warto ich dopingować i warto im ufać. Ja myślę, że wszyscy kibice i ludzie związani z Ruchem będą patrzeć na to, co się wydarzy, troszeczkę przez inny pryzmat. Po meczu w Lubinie chyba wszyscy uważali, że zaczyna się rodzić coś dobrego, że ta drużyna idzie do góry i byli podbudowani grą Ruchu. Ja niestety nie oglądałem spotkania z Podbeskidziem, ale sądząc po komentarzach kibiców i piłkarzy, dochodzę do wniosku, że teraz to zawodnicy powinni pokazać, że warto ich oglądać. Powinni stanąć na głowie, by to spotkanie wygrać. Kibice będą obserwować czy warto im jeszcze zaufać, czy nie pora żeby dojść do wniosku, że ci ludzie w większości nie są godni, żeby biegać z emblematem Ruchu na piersi.
Nie wiem, czy pan słyszał słowa Roberta Chwastka, który mówił o nadmuchaniu atmosfery przez media przed meczem z Podbeskidziem. Wydaje mi się, że przy okazji spotkania z Legią Warszawa w półfinale Pucharu Polski, presja może być jeszcze większa.
- Między innymi do tych słów się odnosiłem, bo ja nie bardzo rozumiem, o co to był mecz. Jakie było napompowanie? Gdyby to był mecz o mistrzostwo Polski albo o utrzymanie, albo o grę w pucharach, albo finał, albo przynajmniej finał Pucharu Polski, to rzeczywiście media mogłyby coś pompować. A tak? To był mecz drużyny, która desperacko się broni przed spadkiem, z drużyną, która zawodzi na całej linii i miała szansę na spokojną dalszą część sezonu. Nie widziałem, żeby tu ktoś pompował atmosferę, żeby przeszkadzał zawodnikom. Takie słowa pewnie tym bardziej dziwią i irytują kibiców oraz tych, którym dobro klubu leży na sercu. Takie wypowiedzi wprawiają w osłupienie, skąd ci ludzie mają takie pomysły. Zamiast po prostu stanąć przed kamerą i powiedzieć: "Tak, byliśmy słabi, jesteśmy słabi, bierzemy to wszystko na siebie, postaramy się w następnym spotkaniu pokazać". Tyle, że żeby coś takiego zrobić, trzeba mieć ambicję, trzeba mieć - po męsku mówiąc - jaja. A większość tych panów od dłuższego czasu ich nie posiada. Takich przykładów można by na przestrzeni ostatnich miesięcy wskazać kilka.
Może pan to zrobić?
- Chociażby porażka w meczu z Koroną, kiedy przy trudnym wyniku i trudnej sytuacji na boisku, nikt nie chciał się do tej drużyny "przyznać", wziąć za nią odpowiedzialności, pociągnąć ją do przodu. To sławetne dziewięć w meczu z Żyliną przed sezonem. Takie coś też świadczy o tym, czy ktoś ma charakter czy nie. A jeszcze wcześniej te pięć w europejskich pucharach, co też było solidną porcją złych informacji i potwierdzenia złej sytuacji w klubie. Zupełnie to jednak nie wpłynęło na podejście piłkarzy do zawodu. W związku z tym, trzeba się chyba w najbliższym czasie spodziewać podobnych wypowiedzi do tej Chwastka. Co mają ci ludzie powiedzieć, skoro na boisku brakuje im ambicji, a poza murawą trzeba to jakoś wytłumaczyć?
Po meczu z Podbeskidziem, piłkarzom trochę się dostało od własnych kibiców. Domagano się zwolnienia Jacka Zielińskiego. Co pan o tym sądzi?
- Jak uczy historia, kibice mają to do siebie, że wielokrotnie tak się wyrażali. Nie tylko teraz, ale w przeszłości również. Mają do tego jakieś prawo. Piłkarze powinni wtedy stanąć naprzeciwko nich i podjąć rozmowę, a przede wszystkim nie uciekać po meczu gdzieś do szatni, bo to tylko pogarsza sytuację i świadczy o ich słabości. Pokazuje, że nie ma kogoś, kto by ich wziął, zmobilizował, wziął odpowiedzialność na siebie, nawet w tych trudnych momentach. Kibice po prostu wyrażają dezaprobatę. Jeżeli już trzeba przegrać spotkanie, to należy to zrobić z jakąś klasą i stylem, a nie tak, że zawodnikom Ruchu odmawiano walki i tego, że podjęli to wyzwanie. Poza tym, to chyba nie pierwsze spotkanie w tym sezonie, kiedy tak to wyglądało. Gdyby to była jednorazowa wpadka, można by nad nią przejść do porządku dziennego. Ale pan chyba doskonale się w orientuje, że to nie pierwsze takie spotkanie.
W "Rzeczpospolitej" Stefan Szczepłek pisał, że PZPN powinien się zająć ostatnim meczem Ruchu, bo zawodnicy grali tak, jakby spotkanie było sprzedane. Podejrzewam, że ani ja ani pan nie mamy takich informacji. Ale nie ma pan wrażenia, że niektórzy zawodnicy są tak słabi, że swoją postawą zwyczajnie takie podejrzewania wzbudzają?
- Oczywiście, że nie mamy takich informacji i jestem daleki od twierdzenia, że tak było. Ale ci ludzie potwierdzają, że nie pasują do tego klubu, nie są godni noszenia tej koszulki. I że niestety w działaniach osób odpowiedzialnych za poczynania kadrowe, coś poszło nie tak. Zapomniano o jednym: kilku ludziach, którzy mają na tyle charyzmy, żeby w trudnych momentach być przywódcami. W tej chwili Ruch nie ma takiego człowieka. Zniwelowano to do pozycji zawodników, którzy grają w klubie jak wiele innych i zupełnie nie poczuwają się do odpowiedzialności. I przede wszystkim - nie chcą tej odpowiedzialności, co było widać np. w Kielcach. Tu jest pewnie jeden z problemów, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, co się stało, że w ciągu ostatnich lat z takich zawodników, którzy by potrafili wziąć ten ciężar na siebie, nie został nikt. Takie decyzje zostały podjęte.
Mimo tego złego obrazu uważa pan, że Ruch utrzymał się już w lidze, czy w tej sytuacji siedem punktów to wcale nie jest bezpieczna przewaga?
- Na pewno Ruch się nie utrzymał w lidze, bo do końca wszyscy będą walczyć, żeby go wyprzedzić. A że są dwa zespoły, które mają taką szansę, to dwa będą walczyć. Natomiast siedem punktów to jest bardzo dużo. Sądzę, że Ruch się mimo wszystko utrzyma, ale myślę, że to w tej chwili nie jest największy problem. Większym jest, co będzie jesienią. Już teraz trzeba o tym myśleć.
Rozmawiał Michał Trela.
Ruch Chorzów - Legia Warszawa
wtorek, 18:30
Polecane