Krzysztof Kaliciak: Wyglądało to tak, jakbyśmy mieli powiązane nogi
02.08.2010
Z tym, że premiera "nowego" GKS-u Katowice wypadła bardzo słabo, nie ma co dyskutować. Ale nie oznacza to, że w szeregach katowiczan w ogóle zabrakło pozytywów. Może i zbyt wiele ich nie było, ale jednak. Trzy z nich to: Krzysztof Kaliciak, Grzegorz Goncerz i Bartłomiej Chwalibogowski. Zresztą, łączy ich coś jeszcze - na wiosnę w swoich klubach, a więc odpowiednio Cracovii, Ruchu Chorzów i Odrze Wodzisław, nie mieli szans na grę.
W sobotę zaś wyróżniali się z katowickiego marazmu. Najbardziej chyba Kaliciak, choć jako jedyny z tego grona nie znalazł się w pierwszym składzie. Na boisku pojawił się zaraz po przerwie... Najpierw było ciepłe powitanie od świetnie znanej mu publiczności, a potem już naprawdę dobry występ. - Wolałbym w ogóle nie zagrać, byle tylko były te trzy punkty - przyznaje. Tyle że to przecież on uratował GieKSę od kompromitacji, bo tak trzeba byłoby nazwać porażkę na własnym terenie z Dolcanem Ząbki. Nie tylko wywalczył rzut karny, ale też sam go wykorzystał. I to mimo że do jego wykonywania... wyznaczony wcale nie był.
- Siedząc na ławce, byłem strasznie podenerwowany. Nawet gdy byłem już na boisku te nerwy nie były tak duże - mówi 24-latek, który w ciągu pierwszej połowy mógł dokładnie prześledzić wszystkie błędy, jakie popełniała drużyna. - Planowaliśmy jak najwięcej grać podaniami, utrzymywać się długo przy piłce, tymczasem nie potrafiliśmy wymienić trzech - czterech podań. Kopaliśmy tylko do przodu. Wyglądało to tak, jakbyśmy mieli powiązane nogi - nie kryje Kaliciak.
A że jemu udało się sytuację na boisku "rozkręcić", to wielu kibiców z Bukowej widzi go w wyjściowej jedenastce na piątkowe spotkanie z Piastem Gliwice. To oznaczałoby jednak ławkę dla Przemysława Pitrego. No, chyba że trener Dariusz Fornalak zdecydowałby się postawić na dwójkę napastników. Kaliciakowi to drugie rozwiązanie na pewno by nie przeszkadzało. - Przemek lubi cofnąć się po piłkę, a potem umiejętnie ją zgrać. Świetnie radzi sobie w tej roli. Ja z kolei jestem typem takiego zawodnika, który czeka na prostopadłe piłki. Myślę, że dobrze się uzupełniamy - uważa napastnik GieKSy.
W sobotę zaś wyróżniali się z katowickiego marazmu. Najbardziej chyba Kaliciak, choć jako jedyny z tego grona nie znalazł się w pierwszym składzie. Na boisku pojawił się zaraz po przerwie... Najpierw było ciepłe powitanie od świetnie znanej mu publiczności, a potem już naprawdę dobry występ. - Wolałbym w ogóle nie zagrać, byle tylko były te trzy punkty - przyznaje. Tyle że to przecież on uratował GieKSę od kompromitacji, bo tak trzeba byłoby nazwać porażkę na własnym terenie z Dolcanem Ząbki. Nie tylko wywalczył rzut karny, ale też sam go wykorzystał. I to mimo że do jego wykonywania... wyznaczony wcale nie był.
- Siedząc na ławce, byłem strasznie podenerwowany. Nawet gdy byłem już na boisku te nerwy nie były tak duże - mówi 24-latek, który w ciągu pierwszej połowy mógł dokładnie prześledzić wszystkie błędy, jakie popełniała drużyna. - Planowaliśmy jak najwięcej grać podaniami, utrzymywać się długo przy piłce, tymczasem nie potrafiliśmy wymienić trzech - czterech podań. Kopaliśmy tylko do przodu. Wyglądało to tak, jakbyśmy mieli powiązane nogi - nie kryje Kaliciak.
A że jemu udało się sytuację na boisku "rozkręcić", to wielu kibiców z Bukowej widzi go w wyjściowej jedenastce na piątkowe spotkanie z Piastem Gliwice. To oznaczałoby jednak ławkę dla Przemysława Pitrego. No, chyba że trener Dariusz Fornalak zdecydowałby się postawić na dwójkę napastników. Kaliciakowi to drugie rozwiązanie na pewno by nie przeszkadzało. - Przemek lubi cofnąć się po piłkę, a potem umiejętnie ją zgrać. Świetnie radzi sobie w tej roli. Ja z kolei jestem typem takiego zawodnika, który czeka na prostopadłe piłki. Myślę, że dobrze się uzupełniamy - uważa napastnik GieKSy.
Polecane
I liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku