KKS Tychy - Start 77-74. Powrót gospodarzy z dalekiej podróży
19.12.2009
A już pierwsze minuty pokazały, że wbrew temu co wskazywała ligowa tabela, goście mogą się okazać bardzo groźnym rywalem dla faworyzowanych tyszan. Dobra dyspozycja Celeja i Sikory spowodowała, że Start w dość szybkim tempie powiększał swoją przewagę. - Podobnie jak w meczu z Katowicami zabrakło nam na początku koncentracji - kręcił głową Kamil Nowak, skrzydłowy KKS-u. I właśnie ów Nowak w jednej z ostatnich akcji pierwszej kwarty w efektowny sposób zablokował Sikorę, jednak chwilę później tak niefortunnie upadł na rozgrywającego lublinian, że ten już do końca potyczki nie pojawił się na parkiecie.
- To był kluczowy moment meczu. Brak naszej podstawowej "jedynki" spowodował, że nasza gra zaczęła wyglądać dużo gorzej. Nasi rezerwowi zawodnicy na tej pozycji dotychczas nie zagrali jeszcze ani jednego dobrego spotkania - złościł się Dominik Derwisz, trener Startu. Jego słowa jednak nie od razu znalazły potwierdzenie w tym, co działo się na parkiecie. Doskonałą zmianę dał bowiem Jagoda, a po jego trafieniach przewaga gości urosła nawet do 18 punktów różnicy. - O ile może się zdarzyć spotkanie, w którym nie trafia się rzutów i prezentuje się niska skuteczność, o tyle wobec tak słabej postawy w defensywie nie można przejść obojętnie - denerwował się Mariusz Niedbalski, szkoleniowiec tyszan.
Do przerwy straty miejscowych wynosiły aż 14 punktów i wiadomo było, że o zwycięstwo łatwo nie będzie. - Zostawiłem otwarte drzwi do szatni i powiedziałem, że jeśli ktoś nie zamierza się zaangażować w grę, to w tej chwili może opuścić to pomieszczenie - podkreślał trener KKS-u. I jego słowa szybko trafiły do zawodników, bo ci po przerwie zagrali o niebo lepiej. Lepsza postawa w defensywie i skuteczna gra Pacochy, a także wspomagających go Bzdyry i Nowaka pozwoliły wyrównać stan pojedynku jeszcze w trzeciej kwarcie.
Od tego momentu żadna ze stron nie potrafiła jednak uzyskać większej przewagi i prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie. Gdy Kowalski trafił za trzy, goście uzyskali zapas czterech punktów. Na szczęście dla tyszan szybko w ten sam sposób odpowiedział Salamonik. Po chwili skuteczny pod koszem był Mielczarek i KKS wyszedł na prowadzenie. W końcówce faulowany Salamonik dwa razy chybił z linii rzutów wolnych, ale rzut rozpaczy Prażmy nie doszedł celu i gospodarze mogli odetchnąć z ulgą. - Byłby dramat, gdybyśmy stracili punkty - zaznaczał Niedbalski. - To kolejne spotkanie, gdy z zespołem z czołówki przegrywamy w samej końcówce - martwił się szkoleniowiec Startu.
- To był kluczowy moment meczu. Brak naszej podstawowej "jedynki" spowodował, że nasza gra zaczęła wyglądać dużo gorzej. Nasi rezerwowi zawodnicy na tej pozycji dotychczas nie zagrali jeszcze ani jednego dobrego spotkania - złościł się Dominik Derwisz, trener Startu. Jego słowa jednak nie od razu znalazły potwierdzenie w tym, co działo się na parkiecie. Doskonałą zmianę dał bowiem Jagoda, a po jego trafieniach przewaga gości urosła nawet do 18 punktów różnicy. - O ile może się zdarzyć spotkanie, w którym nie trafia się rzutów i prezentuje się niska skuteczność, o tyle wobec tak słabej postawy w defensywie nie można przejść obojętnie - denerwował się Mariusz Niedbalski, szkoleniowiec tyszan.
Do przerwy straty miejscowych wynosiły aż 14 punktów i wiadomo było, że o zwycięstwo łatwo nie będzie. - Zostawiłem otwarte drzwi do szatni i powiedziałem, że jeśli ktoś nie zamierza się zaangażować w grę, to w tej chwili może opuścić to pomieszczenie - podkreślał trener KKS-u. I jego słowa szybko trafiły do zawodników, bo ci po przerwie zagrali o niebo lepiej. Lepsza postawa w defensywie i skuteczna gra Pacochy, a także wspomagających go Bzdyry i Nowaka pozwoliły wyrównać stan pojedynku jeszcze w trzeciej kwarcie.
Od tego momentu żadna ze stron nie potrafiła jednak uzyskać większej przewagi i prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie. Gdy Kowalski trafił za trzy, goście uzyskali zapas czterech punktów. Na szczęście dla tyszan szybko w ten sam sposób odpowiedział Salamonik. Po chwili skuteczny pod koszem był Mielczarek i KKS wyszedł na prowadzenie. W końcówce faulowany Salamonik dwa razy chybił z linii rzutów wolnych, ale rzut rozpaczy Prażmy nie doszedł celu i gospodarze mogli odetchnąć z ulgą. - Byłby dramat, gdybyśmy stracili punkty - zaznaczał Niedbalski. - To kolejne spotkanie, gdy z zespołem z czołówki przegrywamy w samej końcówce - martwił się szkoleniowiec Startu.
Polecane
Koszykówka