KKS Tychy - ŁKS Łódź 72-75. "Widziałem już tę piłkę w koszu..."

07.04.2010
Po zaciętym boju tyszanie musieli uznać wyższość ŁKS-u i odpadli z dalszej rywalizacji o ekstraklasę. - To były wyrównane mecze, ale to my minimalnie okazaliśmy się lepsi - podkreślał Radosław Czerniak.
Już pierwsze minuty decydującej potyczki pokazały, że oba zespoły przystąpiły do meczu niezwykle spięte. Szybciej emocje opanowali goście i to oni zdołali odskoczyć na osiem punktów przewagi po "trójce" Daniela Walla. - To było dla nas zaskoczenie, bo on sporo trafiał z dystansu, a wcześniej to raczej nie była jego silna strona - rozkładał ręce Marcin Salamonik, silny skrzydłowy KKS-u, który rozegrał w tyskim zespole najlepsze spotkanie w tym sezonie.

To właśnie Salamonik w głównej mierze wyręczał etatowego strzelca gospodarzy, Łukasza Pacochę. - Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem postanowiliśmy zagrać "va banque" i zupełnie odetniemy Pacochę, kosztem słabszego krycia pozostałych zawodników - wyjaśniał Radosław Czerniak, trener ŁKS-u. Ta taktyka przyniosła spodziewany efekt, a po rzucie z półdystansu Piotra Trepki łodzianie osiągnęli - najwyższą w całych zawodach - przewagę 10 punktów.

W tym momencie znów przypomniał o sobie Salamonik, który dwoma celnymi rzutami zza linii 6,25 m, a następnie skutecznymi zagraniami pod koszem całkowicie zniwelował przewagę rywala. Jego kolejna "trójka" na początku czwartej kwarty dała tyszanom chwilę oddechu. - W tym momencie powinniśmy tak jak w poprzednich meczach po prostu dobić ŁKS. Niestety, na własne życzenie daliśmy sobie we frajerski sposób wyrwać zwycięstwo - złościł się silny skrzydłowy KKS-u.

Ojcem wygranej ŁKS-u okazał się Krzysztof Morawiec, który najlepsze lata swojej kariery spędził na Górnym Śląsku. W decydującym momencie popisał się akcją 2+1. - Cały mecz grałem dość słabo, dlatego w samej końcówce musiałem się jednak pokazać - uśmiechał się weteran ligowych parkietowych, który pokazał, ile znaczy doświadczenie w kluczowych fragmentach.

Gdy tablica świetlna pokazywała do końca meczu niespełna 30 sekund, goście prowadzili różnicą pięciu punktów. Sytuacja trudna, ale w Tychach nikt nie myślał o poddaniu się. Szybka "trójka" Piotra Hałasa wlała nadzieje w w serca kibiców KKS-u. Sfaulowany Trepka wykorzystał dwa rzuty wolne i przewaga łodzian ponownie urosła do czterech "oczek". W kolejnej akcji nieprzepisowo powstrzymany został Mateusz Bartosz. Środkowy gospodarzy trafił pierwszy rzut osobisty, a następnie celowo spudłował kolejny, a piłka padła łupem miejscowych, przed którymi otworzyła się niespodziewana szansa na doprowadzenie do dogrywki.

Autorem ostatniego rzutu miał być Piotr Pustelnik, ale został skutecznie odcięty od piłki. Kolejna próba to... - W planach było zagranie akcji "hand-off" z Łukaszem Pacochą, ale został on skutecznie pokryty i konieczna była szybka decyzja z mojej strony - tłumaczył Salamonik, który szybko odskoczył za łuk i oddał rzut rozpaczy. Piłka zatańczyła na obręczy... po czym wypadła z kosza i w ten smutny sposób kończą rozgrywki. - Przed oczami miałem obraz, jak ta piłka wpada... - zakończył silny skrzydłowy KKS-u.
autor: Tomasz Mucha

Przeczytaj również