Janusz Gancarczyk ma za sobą fatalny rok. "Można było dorobić się depresji"

14.02.2013
Postawa Janusza Gancarczyka w rundzie wiosennej to wielka niewiadoma. Dlaczego? Zawodnik przez rok nie grał w piłkę. I to nie z powodu kontuzji. W poprzednim klubie został odsunięty od pierwszego zespołu.
Po przejściu z Polonii Warszawa do Zagłębia Lubin wydawało się, że Gancarczyk nie będzie miał większych problemów. Zawodnik grał regularnie za Jana Urbana, do gry desygnował go także Pavel Hapal. Do czasu. Po spotkaniu z Legią Warszawa (jesień 2011) od gry zostało odsuniętych czterech zawodników, w tym Gancarczyk. Piłkarz próbował rozwiązać kontrakt, jednak nie potrafił się dogadać z działaczami. Chciał go ŁKS, ale Zagłębie nie miało zamiaru wzmacniać rywala w walce o utrzymanie. Pozostało jedynie trenować. Oczywiście poza drużyną...

- W Lubinie przez 12 miesięcy nie miałem okazji do żadnej gierki - wspomina zawodnik. Jakby problemów było mało, przytrafiła się też kontuzja. - Początkowo było wyłącznie bieganie, potem także trochę zajęć czysto piłkarskich. Cała ta sytuacja mocno się na moim zdrowiu odbijała. Przy trzech treningach dziennie w pewnym momencie nie wytrzymało moje kolano. Przez wiele lat nie miałem żadnej kontuzji, tymczasem w Lubinie - nie grając! - naderwałem więzadła poboczne. Potem do tego doszło uszkodzenie stożka rotatorów w barku. Zresztą jeszcze chwilami odczuwam w tym miejscu ból - opowiada.

Kontrakt udało się rozwiązać dopiero po roku. - Była we mnie wielka zawziętość, złość na tych ludzi, wynikająca z poczucia krzywdy. Nie czułem się niczemu winny: cały zespół wygrywa, cały zespół przegrywa. A oni sobie w grudniu wybrali kozłów ofiarnych. Wśród nich - i mnie, choć zagrałem w owym meczu z Legią ledwie kwadrans. Wiele razy biłem się z myślami. Można się przecież było w mojej sytuacji dorobić depresji: dzień w dzień to samo, bez szans na granie - opisuje sytuację Gancarczyk.

Z Lubinem wiąże się też jeszcze jedna ciekawa historia. Gancarczykowi zarzucono, że... - Dużo gadam i marudzę! Fakt, na rozbieganiu na przykład lubiłem sobie ponarzekać: "no ileż będziemy biegać?". Ale nie ja jeden, a poza tym generalnie zawsze obracaliśmy to w żart. W Śląsku Wrocław i Polonii Warszawa nikt nie brał mi tego za złe. W Zagłębiu trenerzy zrobili z tego poważny zarzut. I się potoczyło, jak się potoczyło - kończy Gancarczyk.
źródło: SPORT

Przeczytaj również