"Jakby ligowi rywale nie chcieli, byśmy wrócili z Turcji do czerwca"

21.02.2011
Z racji odwołanego sparingu plan wczorajszego dnia GKS-u Katowice na zgrupowaniu w Turcji musiał ulec zmianie. I tak, katowiczanie przekonali się, co znaczy targować się z Turkami. Relacjonuje drugi trener GKS-u.
Głośna modlitwa z pobliskiego meczetu jednych budzi o godzinie 5:30, inni zaś na donośny głos nie zwracają uwagi. Choć - trzeba przyznać - akustyka modłów naprawdę robi wrażenie. Do wszystkiego jednak można się przyzwyczaić, choć najtrudniej do padającego w Turcji deszczu. W niedzielę jednak znów zrobiło się ciepło i przyjemnie.

Szkoda tylko, że do skutku nie doszedł mecz sparingowy z drużyną IL Hodd. Norwegowie przybyli do "kraju półksiężyca" z opóźnieniem, więc towarzyskie starcie musieliśmy odwołać. Jako że ta informacja dotarła do sztabu trenerskiego dopiero po pierwszych zajęciach, należało podjąć szybką decyzję.

Wolne popołudnie zapełniliśmy wypadem do Alanyi. Najpierw - podążając ulicznymi serpentynami - wdrapywaliśmy się autokarem na szczyt góry, gdzie znajdują się ruiny zamku. Momentami trudno było bez emocji obserwować, jak kierowca manewruje na wąskich uliczkach, natkanych do tego wolno stojącymi pojazdami. A sam widok przepaści czy coraz mniejszych domków w dole przyprawiał o zawrót głowy. Ku zaskoczeniu, nasza podróż zakończyła się przedwcześnie, bowiem szef wycieczki odmówił wjazdu pod sam zamek. Powód - zbyt wąski tunel. Cóż, wspinaliśmy się zatem po deptaku pod stromą górę. Opłacało się - widok na Alanyę naprawdę zapierał dech w piersiach.

W drodze powrotnej do autokaru już zaczął kropić deszcz. Spoglądając na zasnute chmurami miasto, domyślaliśmy się, że niżej musi szaleć istna ulewa. Wsiedliśmy zatem błyskawicznie do autobusu, by pokonać kolejny etap podróży. Niestety, nie było nam dane ujechać zbyt daleko - jezdnia zawęziła się do półtora metra, ponieważ resztę trasy zastawiał ciężki sprzęt... kruszący asfalt.

Przerwa trwała około dziesięciu minut, aż w końcu pracownicy zlitowali się nad nami i przesunęli maszynę na kształt koparki z młotem pneumatycznym. Miejsca wciąż jednak było jak na lekarstwo i dopiero umiejętności kierowcy - jadącego "na zapałki" pozwoliły nam odjechać. Tylko jednak przez moment cieszyliśmy się swobodą, bowiem przeszkody mnożyły się, jakby nasi ligowi rywale nie chcieli, byśmy wrócili z Turcji do czerwca. Ostatecznie poradziliśmy sobie ze wszystkim przebojowo i trafiliśmy do centrum Alanyi.

Tam niemal każdy zechciał przekonać się, czym są zakupy w Turcji. Niemal każdy sprzedawca - słysząc język polski - zaczepiał w tej mowie, proponował najlepsze towary, najlepsze ceny i najwspanialszą obsługę. Przechadzając się po krętych miejskich uliczkach, usłyszałem nagle: - My friend, I won’t buy it. Seven euro, yes? Seven euro! This is my last price. Wyjrzałem zza rogu i ujrzałem najtwardszego negocjatora w Turcji, Bartka Chwalibogowskiego. Trzeba sobie radzić w każdej sytuacji…

Marcin Gabor
źródło: GKS Katowice

Przeczytaj również