GKS Tychy - Podhale 1-2. Wicemistrzowi coraz dalej do finału
25.02.2010
Zawodnicy, trenerzy, działacze, eksperci. Wszyscy jak jeden mąż wskazywali, że w walce o medale zadecydują dwa elementy: postawa bramkarzy i umiejętność gry w przewadze. Przed play-off kibice GKS-u o to pierwsze nie musieli się martwić. Arkadiusz Sobecki należy przecież do golkiperów z najwyższej półki. Oprócz umiejętności wyróżnia go również twarda psychika, która ma istotne znaczenie w pojedynkach granych pod wielką presją. Sen z powiek fanom wicemistrza spędza jednak ten drugi detal hokejowego rzemiosła. Nie od dziś bowiem wiadomo, że tyszanie mają z tym niemały problem.
- Specjalnie w ostatnim czasie sporo treningów poświęciliśmy na rozgrywanie przewag. No i wychodziło. Zajęcia to jednak nie mecz. Dziś kompletnie sobie z tym nie radziliśmy. Momentami nie potrafiliśmy nawet wjechać do tercji obronnej rywala. A czas nieubłaganie uciekał - wzdychał Adrian Parzyszek, kapitan gospodarzy, którzy nie mogli znaleźć recepty na Zborowskiego.
- Spodziewaliśmy się, że będzie to bardzo zacięty pojedynek. Miałem naprawdę sporo roboty - zauważył golkiper przyjezdnych. Mecz był tak wyrównany, że po dwóch tercjach na tablicy wciąż widniał wynik bezbramkowy. Co prawda, już w pierwszej odsłonie na wypełnionym lodowisku zawrzało. Woźnica strzelił gola, ale ten nie został uznany. Sędziowie dopatrzyli się wcześniej niedozwolonego podania krążka ręką. Na kolejną owację przyszło czekać aż 40 minut. Wówczas Garbocz wyprowadził miejscowych na prowadzenie.
Gościom "zagrały" jednak oba wspomniane na wstępie elementy. Zborowski łapał wszystko, co się dało, a do tego byli zabójczy w przewadze. To właśnie, gdy tyszanie przebywali w karnym boksie doprowadzili do wyrównania, a w końcówce zapewnili sobie zwycięstwo. Dzięki bonusowi i wygranej, są już na półmetku drogi do finału. Przed GKS-em ciężkie zadanie wyrównania stanu rywalizacji i przechylenia szali na swoją korzyść. Jedynym pocieszeniem ich kibiców pozostaje fakt, że wicemistrz lubi sobie na początku utrudniać, aby później gonić rywala. Czy tym razem sprawdzony scenariusz również zakończy się pozytywnie?
- Specjalnie w ostatnim czasie sporo treningów poświęciliśmy na rozgrywanie przewag. No i wychodziło. Zajęcia to jednak nie mecz. Dziś kompletnie sobie z tym nie radziliśmy. Momentami nie potrafiliśmy nawet wjechać do tercji obronnej rywala. A czas nieubłaganie uciekał - wzdychał Adrian Parzyszek, kapitan gospodarzy, którzy nie mogli znaleźć recepty na Zborowskiego.
- Spodziewaliśmy się, że będzie to bardzo zacięty pojedynek. Miałem naprawdę sporo roboty - zauważył golkiper przyjezdnych. Mecz był tak wyrównany, że po dwóch tercjach na tablicy wciąż widniał wynik bezbramkowy. Co prawda, już w pierwszej odsłonie na wypełnionym lodowisku zawrzało. Woźnica strzelił gola, ale ten nie został uznany. Sędziowie dopatrzyli się wcześniej niedozwolonego podania krążka ręką. Na kolejną owację przyszło czekać aż 40 minut. Wówczas Garbocz wyprowadził miejscowych na prowadzenie.
Gościom "zagrały" jednak oba wspomniane na wstępie elementy. Zborowski łapał wszystko, co się dało, a do tego byli zabójczy w przewadze. To właśnie, gdy tyszanie przebywali w karnym boksie doprowadzili do wyrównania, a w końcówce zapewnili sobie zwycięstwo. Dzięki bonusowi i wygranej, są już na półmetku drogi do finału. Przed GKS-em ciężkie zadanie wyrównania stanu rywalizacji i przechylenia szali na swoją korzyść. Jedynym pocieszeniem ich kibiców pozostaje fakt, że wicemistrz lubi sobie na początku utrudniać, aby później gonić rywala. Czy tym razem sprawdzony scenariusz również zakończy się pozytywnie?
Polecane
Polska Hokej Liga