GKS Tychy - Naprzód 5-0. Janowianie bez argumentów w starciu z wicemistrzem
25.08.2009
Mimo kilku braków w składzie (nie wystąpili m.in. Arkadiusz Sobecki, Sławomir Krzak, Krzysztof Śmiełowski oraz kontuzjowany Adam Bagiński), tyszanie bez problemu poradzili sobie z Naprzodem Janów. - Trener zrobił roszady w składzie i dał nam odpocząć - tłumaczył Śmiełowski absencję swoją oraz kolegów, przyglądając się spotkaniu z trybun.
- Z boku wyglądało to mylnie na łatwy mecz. Z Naprzodem nigdy tak nie jest. Janowianie zawsze grają ambitny hokej i mimo straty dwóch, trzech goli nie poddają się. Walczą do ostatniej syreny i nie można sobie pozwolić na chwilę rozluźnienia - przyznał Garbocz. - Wynik mógł być jeszcze wyższy. Mieliśmy sporo sytuacji, ale zawodziła skuteczność - kręcił głową Łukasz Sokół, obrońca gospodarzy, który popisał się rajdem przez całą taflę. - Nie sądziłem, że rywale odpuszczą i tak łatwo uda mi się podjechać pod ich bramkę. Zabrakło tylko postawienia kropki nad "i” - żałował 28-latek. Powracający po roku przerwy defensor zdołał jednak wpisać się na listę strzelców i to w osłabieniu.
Przedwcześnie spotkanie zakończył Paciga. Został trafiony kolanem w kolano przez Łukasza Elżbieciaka i nabawił się urazu. Wrócił jeszcze, ale podczas kolejnej tercji zjechał do szatni. - Na szczęście to tylko stłuczenie - odetchnął z ulgą Ladislav Paciga, który z lodem na bolącym stawie przyglądał się dalszym poczynaniom kolegów. - Zbyt długo przytrzymywał krążek, przez co mógł narazić się na poważniejszą kontuzję - irytował się Jan Vavreczka, trener miejscowych.
- Wygrał lepszy zespół. Przed nami jeszcze spor pracy, aby zgrać praktycznie nową drużynę - skwitował krótko szkoleniowiec Naprzodu, Jaroslav Lehocky.
- Z boku wyglądało to mylnie na łatwy mecz. Z Naprzodem nigdy tak nie jest. Janowianie zawsze grają ambitny hokej i mimo straty dwóch, trzech goli nie poddają się. Walczą do ostatniej syreny i nie można sobie pozwolić na chwilę rozluźnienia - przyznał Garbocz. - Wynik mógł być jeszcze wyższy. Mieliśmy sporo sytuacji, ale zawodziła skuteczność - kręcił głową Łukasz Sokół, obrońca gospodarzy, który popisał się rajdem przez całą taflę. - Nie sądziłem, że rywale odpuszczą i tak łatwo uda mi się podjechać pod ich bramkę. Zabrakło tylko postawienia kropki nad "i” - żałował 28-latek. Powracający po roku przerwy defensor zdołał jednak wpisać się na listę strzelców i to w osłabieniu.
Przedwcześnie spotkanie zakończył Paciga. Został trafiony kolanem w kolano przez Łukasza Elżbieciaka i nabawił się urazu. Wrócił jeszcze, ale podczas kolejnej tercji zjechał do szatni. - Na szczęście to tylko stłuczenie - odetchnął z ulgą Ladislav Paciga, który z lodem na bolącym stawie przyglądał się dalszym poczynaniom kolegów. - Zbyt długo przytrzymywał krążek, przez co mógł narazić się na poważniejszą kontuzję - irytował się Jan Vavreczka, trener miejscowych.
- Wygrał lepszy zespół. Przed nami jeszcze spor pracy, aby zgrać praktycznie nową drużynę - skwitował krótko szkoleniowiec Naprzodu, Jaroslav Lehocky.
Polecane
Polska Hokej Liga