"GKS Katowice i awans? Musielibyśmy mieć 25 równorzędnych graczy"

29.03.2010
Czterech spotkań potrzebował Paweł Buśkiewicz, by zdobyć dla GieKSy pierwszego gola. - Wcześniej brakowało okazji. Miałem taką tylko jedną - mówi napastnik wypożyczony z Korony Kielce.
Byli tacy, którzy zaczynali liczyć mu już minuty bez strzelonego gola. Odpowiedział w najlepszy z możliwych sposobów - strzelając bardzo ładną bramkę. I to jeszcze na terenie wicelidera, ŁKS-u Łódź. - Nie było wcale trudno. Wystarczyło dobrze się znaleźć - mówi skromnie Paweł Buśkiewicz, napastnik GKS-u Katowice. Kamień spadł z serca? - Wiadomo, zawsze gdy napastnik nie trafi w jednym czy drugim meczu, to pojawiają się głosy krytyki... - wskazuje. Jemu udało się przełamać w czwartym spotkaniu w katowickich barwach. Dlaczego tak późno?

- Wcześniej brakowało sytuacji. Wydaje mi się, że miałem taką tylko... jedną - w rywalizacji ze Stalą Stalowa Wola. Teraz cieszyłbym się, gdybym w każdym następnym meczu miał po jednej okazji strzeleckiej - podkreśla 27-latek. Tak czy siak, od jednego nie ucieknie. Czy będzie trafiał do siatki rywali, czy nie, porównania do Krzysztofa Kaliciaka chyba nie umilkną.

- Nic dziwnego, skoro zdobył jesienią aż dziewięć bramek. Ale to nie jest dla mnie jakieś zupełnie nowe położenie. Pamiętam, że przychodząc do Floty Świnoujście, miałem zastąpić Piotra Dziubę, który nastrzelał tam sporo i odchodził właśnie do Pogoni Szczecin. On się zaciął, a ja zapisałem na swoje konto siedem trafień... - opowiada Buśkiewicz.

Wracając jednak do jego pierwszego gola dla GKS-u... Sprawił on, że do miejsca dającego awans zespół traci już tylko pięć punktów. No więc? - Fajnie by było, ale nie wolno popadać w przesadny optymizm. Wszyscy znamy sytuację klubu. Wobec mnie nie ma żadnych zaległości, ale inni chłopcy nie mają łatwo. Co więcej, do takiego sukcesu potrzeba by nam było 25 równorzędnych graczy - uważa. Choć - jak pokazał mecz z ŁKS-em - i bez tego się da...
autor: Kamil Kwaśniewski

Przeczytaj również