GKS Katowice - GKP Gorzów 4-2. Na Bukowej zapachniało Argentyną!
11.09.2010
- Messi! Messi! - skandowali katowiccy fani. To na cześć Rafała Sadowskiego, który w końcówce kapitalnym dryblingiem "załatwił" trzech rywali, a później wpakował piłkę do siatki. - Nie powiem, trzeba było zamiatać nogami, żeby się udało - śmiał się młody skrzydłowy. - Sam Leo by się nie powstydził! - chwalił kolegę Tomasz Sokołowski, inny z wyróżniających się zawodników GieKSy. Zresztą, jasnych postaci w barwach zespołu z Bukowej było tego dnia znacznie więcej. Bo choć takich umiejętności jak gwiazdy reprezentacji Argentyny piłkarze z Bukowej nie mają, to jednak pokazali prawdziwy charakter. Chciałoby się rzecz - gieksiarski...
- Chociaż częściowo odzyskaliśmy zaufanie kibiców - stwierdził trener Wojciech Stawowy. Inna sprawa, że po pół godzinie gry nic na to nie wskazywało. GieKSa grała to, co gra od początku sezonu. Goście z Gorzowa natomiast do twardej gry w defensywie dokładali groźne akcje z przodu. - To nie jest przypadek, że są wiceliderem - zauważył Tomasz Sokołowski. Mało tego. Zanosiło się na to, że GKP na swojej pozycji się umocni, bo po faulu Gabriela Nowaka na Adrianie Łuszkiewiczu arbiter wskazał na wapno, z którego sam poszkodowany się nie pomylił.
Tyle że potem nastąpiło prawdziwe odrodzenie GieKSy. - Zagraliśmy do przodu, skutecznie, z zębem. Zachowaliśmy się jak mężczyźni. Nie chciałbym mówić o nas w samych tylko superlatywach... ale zasłużyliśmy na gromkie brawa - uśmiechał się Sokołowski. I publiczność braw nie żałowała. Ba, po celnych główkach Nowaka, Przemysława Pitrego, a na koniec świetnej indywidualnej akcji Krzysztofa Kaliciaka stadion dosłownie szalał. Nic dziwnego, w końcu tylu bramek w wykonaniu GKS-u nie widziano już od dawien dawna.
- Chciałbym, żeby kibice mogli nas tak oklaskiwać po każdym meczu. Nie wracamy już do tego, co było wcześniej - podkreślał Kowalczyk. Prawdziwie dumny ze swojego zespołu był Stawowy. - Widziałem po meczu taką drużynę, jaką chciałbym widzieć zawsze, a więc drużynę, która się cieszy, tańczy, śpiewa, podchodzi do gry z wiarą. Ale wiem, że to dopiero początek drogi. Najważniejsze, że mamy światełko w tunelu - zaznaczył szkoleniowiec GieKSy.
- Chociaż częściowo odzyskaliśmy zaufanie kibiców - stwierdził trener Wojciech Stawowy. Inna sprawa, że po pół godzinie gry nic na to nie wskazywało. GieKSa grała to, co gra od początku sezonu. Goście z Gorzowa natomiast do twardej gry w defensywie dokładali groźne akcje z przodu. - To nie jest przypadek, że są wiceliderem - zauważył Tomasz Sokołowski. Mało tego. Zanosiło się na to, że GKP na swojej pozycji się umocni, bo po faulu Gabriela Nowaka na Adrianie Łuszkiewiczu arbiter wskazał na wapno, z którego sam poszkodowany się nie pomylił.
Tyle że potem nastąpiło prawdziwe odrodzenie GieKSy. - Zagraliśmy do przodu, skutecznie, z zębem. Zachowaliśmy się jak mężczyźni. Nie chciałbym mówić o nas w samych tylko superlatywach... ale zasłużyliśmy na gromkie brawa - uśmiechał się Sokołowski. I publiczność braw nie żałowała. Ba, po celnych główkach Nowaka, Przemysława Pitrego, a na koniec świetnej indywidualnej akcji Krzysztofa Kaliciaka stadion dosłownie szalał. Nic dziwnego, w końcu tylu bramek w wykonaniu GKS-u nie widziano już od dawien dawna.
- Chciałbym, żeby kibice mogli nas tak oklaskiwać po każdym meczu. Nie wracamy już do tego, co było wcześniej - podkreślał Kowalczyk. Prawdziwie dumny ze swojego zespołu był Stawowy. - Widziałem po meczu taką drużynę, jaką chciałbym widzieć zawsze, a więc drużynę, która się cieszy, tańczy, śpiewa, podchodzi do gry z wiarą. Ale wiem, że to dopiero początek drogi. Najważniejsze, że mamy światełko w tunelu - zaznaczył szkoleniowiec GieKSy.
Polecane
I liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku