GKS Katowice - Flota 5-3. Wreszcie zagrali jak za dawnych lat!

14.11.2010
Kibice GKS-u Katowice dostali od swoich piłkarzy... namiastkę ekstraklasy! Bo właśnie na taki poziom zespół Wojciecha Stawowego wspiął się w drugiej połowie. A goście obwiniali sędziego...
- Zagraj jak za dawnych lat! - skandowali od początku sezonu kibice GKS-u Katowice i pewnie już powoli tracili wiarę w to, że piłkarze wreszcie ich posłuchają. Ale stało się! Zespół Wojciecha Stawowego rozegrał fenomenalną drugą połowę. - Szczęście się wreszcie odwróciło i zaczęło sprzyjać nam. Po przerwie wychodziło nam praktycznie wszystko - cieszył się Janusz Dziedzic. I wiedział, co mówi. W końcu sam dwukrotnie wpakował piłkę do siatki Krzysztofa Żukowskiego.

Dwoił się i troił Przemysław Pitry, za dwóch walczył Michał Zieliński, świetne zmiany dali Rafał Sadowski i Bartosz Karwan. Zresztą, najprościej napisać tyle, że w szeregach katowiczan nie było nikogo, kto zszedłby poniżej świetnego poziomu. To wszystko skutkowało kolejnymi bramkami. Gołym okiem było widać, że gdyby katowiczanie zdobyli nawet i dziesięć goli, to i tak byłoby im mało. - Udało się nam połączyć dobrą grę ze skutecznością - triumfował trener Wojciech Stawowy i dopowiadał: - Jestem ciekaw, ile osób wierzyło w to, że po przerwie zobaczą odmieniony GKS. Patrząc na reakcję trybun, wnioskuję, że cały stadion!

Jeśli tak, to GieKSa ma fanów dużej wiary. Po pierwszej części mieć nadzieję na dobry rezultat naprawdę bowiem nie było łatwo... Owszem, miejscowi rozpoczęli dobrze - od kapitalnej bramki z rzutu wolnego Piotra Plewni - ale już po chwili goście odpowiedzieli trafieniem Jacka Paczkowskiego, który... dośrodkowywał spod linii bocznej boiska. - Znowu?! - tak w myślach mógł spytać sam siebie każdy z fanów GieKSy (identycznego gola GKS stracił w niedawnym meczu z ŁKS-em - przyp. red.).

Zwłaszcza że po jednej z kolejnych akcji zapachniało dramatem. Andrzej Wiśniewski sfaulował w polu karnym Charlesa Uchennę. Sędzia wskazał na "wapno". Nigeryjczyk ustawił sobie piłkę i okazji nie zmarnował. To właśnie do tej sytuacji wracał po spotkaniu Petr Nemec, szkoleniowiec gości. - Bramkarz GKS-u powinien był ujrzeć czerwoną kartkę. Był przecież ostatnim zawodnikiem swojego zespołu - przekonywał, zwracając też uwagę na trzecią bramkę dla GieKSy. - Zanim ona padła miał miejsce faul na połowie boiska na Ensarze Arifoviciu - stwierdził Nemec, który nie miał wątpliwości, że wspomniane sytuacje miały kluczowy wpływ na wynik spotkania.

autor: Kamil Kwaśniewski

Przeczytaj również