Gdyby GKS Katowice wcześniej się utrzymał, doszłoby do strajku...

01.06.2012
- Z rozmów w szatni wynika, że część chłopaków nawet nie zakłada możliwości pozostania. Ale skoro nie otrzymuje się pieniędzy od stycznia... - mówi Adrian Napierała i przyznaje, że szatnia chciała strajkować.
- Myślę, że gdybyśmy wcześniej zapewnili sobie utrzymanie, do strajku w taki czy inny sposób na pewno by doszło - mówi Napierała w wywiadzie, którego udzielił dziennikowi "Sport". - Pomysł strajku był omawiany i to co najmniej cztery razy. W decydującym momencie - razem ze sztabem szkoleniowym - zawsze dochodziliśmy jednak do wniosku, że w jakimś stopniu sami jesteśmy sobie winni, bo kilka meczów zawaliliśmy - opowiada.

W ostatnim czasie zawodnicy GKS-u nie chcieli, by nad Bukową rozpętała się podobna burza, jak ta, która wisi nad Radzionkowem. - Powiedzieliśmy sobie, że nie chcemy sytuacji, w której ktoś otwiera lodówkę, a tam wyskakuje GieKSa i jej żalący się piłkarze. Nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek się nad nami litował. Graliśmy słabo, więc zasłużyliśmy na krytykę. Proste - tłumaczy.

Napierała należy do tych zawodników wobec których GKS ma największe zadłużenie. -  Ci, którzy są w klubie dłużej, mają jeszcze zaległości z czasów pracy trenera Nawałki. W takim przypadku mówimy o sześciu-siedmiu miesiącach. Chłopcy mają już dosyć. Janek Belianczin na przykład w ciągu dwóch ostatnich lat normalne wypłaty dostawał w sumie tylko przez pół roku - wskazuje Napierała.

Dodajmy, że Belianczin do GKS-u trafił rok temu ze wspomnianego Radzionkowa.
źródło: SportSlaski.pl / SPORT

Przeczytaj również