Cracovia - GKS Tychy 8-1. Trzęsienie ziemi w Krakowie
07.03.2011
Ambicja, wola walki, zdyscyplinowanie taktyczne przez całe spotkanie - tak najkrócej można określić postawę hokeistów Cracovii w meczu przeciwko GKS-owi Tychy. Ale zanim wspomniane atuty Cracovii zostały uwypuklone, obie drużyny wiedząc, o co toczy się gra, weszły w ten mecz nieco asekuracyjnie.
- Początkowe fragmenty meczu to hokejowe szachy zarówno z naszej strony jak i drużyny GKS-u -mówił o pierwszych minutach tej rywalizacji zawodnik gospodarzy, Mariusz Dulęba. Trudno nie zgodzić się z tymi słowami, bowiem obserwując początek spotkania rzeczywiście odnosiło się wrażenie, że oba zespoły wzajemnie się badały, nie chcąc przy tym popełnić błędu w obronie, mając świadomość tego, czym to grozi.
Wydaje się, że szybciej stres związany z występem w finale opanowali gospodarze, bo to oni stworzyli pierwsze dwie groźne sytuacje w tym meczu. Po okresie naporu na bramkę Sobeckiego śmielej zaatakowali tyszanie, ale znakomitej okazji na strzelenie gola otwierającego losy rywalizacji w tym meczu nie wykorzystuje Josef Vitek. Trzeba podkreślić, że gospodarze grali w tym czasie bardzo dobrze w formacji obronnej, nie pozwalając na zbyt wiele przyjezdnym.
Kiedy wydawało się, że oba zespoły zejdą na przerwę bez strat w postaci goli, jeden z nielicznych błędów w obronie w drużynie tyskiej przytrafia się Jakesowi, który przegrał walkę o krążek przy bandzie z Davidem Kostuchem. Ten podał przed bramkę do Martynowskiego, który dopełnia formalności.
Kilkanaście sekund później idealną okazję na doprowadzenie do remisu zmarnował Garbocz i pierwsza tercja zamiast remisem, skończyła się jednobramkowym prowadzeniem "Pasów". Warto odnotować, że na trzy sekundy przed zakończeniem tej odsłony brutalnego ataku na głowę Adriana Parzyszka dopuścił się Grzegorz Pasiut ukarany karą meczu (5+20 min). Goście mieli więc okazje w drugiej odsłonie na odrobienie straty.
- Niewątpliwie kontuzja Adriana Parzyszka spowodowała, że musieliśmy przeorganizować naszą grę w ataku, jednak na drugą tercję wyjdziemy zmotywowani i będziemy chcieli zniwelować stratę bramek - tak o stracie Adriana Parzyszka i o założeniach na ostatnią tercję mówił Adam Bagiński.
Słowa wypowiedziane w przerwie przez popularnego, „Bagisia” nie sprawdziły się. Cracovia przetrzymała okres gry w osłabieniu, a to, co wydarzyło się między 34-36 minutą można nazwać jednym słowem - istne trzęsienie ziemi. Wtedy to właśnie Cracovia pozbawiła jakiejkolwiek ochoty do gry drużynę przyjezdnych strzelając aż pięć bramek, powodując tym samym, że mecz był już w tym momencie rozstrzygnięty, a goście czekali na ostateczny wymiar kary.
Cracovia mając taki zapas bramek mogła sobie pozwolić na pełną kontrolę meczu w ostatniej części tego pojedynku. GKS z kolei chcąc uniknąć całkowitej kompromitacji na lodowisku w Krakowie starał się strzelić bramkę honorową, co się ostatecznie udało (Sokół), ale na nic się to zdało, bowiem po prostu drużyna braci Laszkiewiczów i spółki była dziś przynajmniej o klasę lepsza.
- Początkowe fragmenty meczu to hokejowe szachy zarówno z naszej strony jak i drużyny GKS-u -mówił o pierwszych minutach tej rywalizacji zawodnik gospodarzy, Mariusz Dulęba. Trudno nie zgodzić się z tymi słowami, bowiem obserwując początek spotkania rzeczywiście odnosiło się wrażenie, że oba zespoły wzajemnie się badały, nie chcąc przy tym popełnić błędu w obronie, mając świadomość tego, czym to grozi.
Wydaje się, że szybciej stres związany z występem w finale opanowali gospodarze, bo to oni stworzyli pierwsze dwie groźne sytuacje w tym meczu. Po okresie naporu na bramkę Sobeckiego śmielej zaatakowali tyszanie, ale znakomitej okazji na strzelenie gola otwierającego losy rywalizacji w tym meczu nie wykorzystuje Josef Vitek. Trzeba podkreślić, że gospodarze grali w tym czasie bardzo dobrze w formacji obronnej, nie pozwalając na zbyt wiele przyjezdnym.
Kiedy wydawało się, że oba zespoły zejdą na przerwę bez strat w postaci goli, jeden z nielicznych błędów w obronie w drużynie tyskiej przytrafia się Jakesowi, który przegrał walkę o krążek przy bandzie z Davidem Kostuchem. Ten podał przed bramkę do Martynowskiego, który dopełnia formalności.
Kilkanaście sekund później idealną okazję na doprowadzenie do remisu zmarnował Garbocz i pierwsza tercja zamiast remisem, skończyła się jednobramkowym prowadzeniem "Pasów". Warto odnotować, że na trzy sekundy przed zakończeniem tej odsłony brutalnego ataku na głowę Adriana Parzyszka dopuścił się Grzegorz Pasiut ukarany karą meczu (5+20 min). Goście mieli więc okazje w drugiej odsłonie na odrobienie straty.
- Niewątpliwie kontuzja Adriana Parzyszka spowodowała, że musieliśmy przeorganizować naszą grę w ataku, jednak na drugą tercję wyjdziemy zmotywowani i będziemy chcieli zniwelować stratę bramek - tak o stracie Adriana Parzyszka i o założeniach na ostatnią tercję mówił Adam Bagiński.
Słowa wypowiedziane w przerwie przez popularnego, „Bagisia” nie sprawdziły się. Cracovia przetrzymała okres gry w osłabieniu, a to, co wydarzyło się między 34-36 minutą można nazwać jednym słowem - istne trzęsienie ziemi. Wtedy to właśnie Cracovia pozbawiła jakiejkolwiek ochoty do gry drużynę przyjezdnych strzelając aż pięć bramek, powodując tym samym, że mecz był już w tym momencie rozstrzygnięty, a goście czekali na ostateczny wymiar kary.
Cracovia mając taki zapas bramek mogła sobie pozwolić na pełną kontrolę meczu w ostatniej części tego pojedynku. GKS z kolei chcąc uniknąć całkowitej kompromitacji na lodowisku w Krakowie starał się strzelić bramkę honorową, co się ostatecznie udało (Sokół), ale na nic się to zdało, bowiem po prostu drużyna braci Laszkiewiczów i spółki była dziś przynajmniej o klasę lepsza.
Polecane
Polska Hokej Liga