Big Star - Sokół 68-75. Senna gra tyszan doprowadziła do porażki
14.10.2009
Spotkanie rozpoczęło się zgodnie z planem. Big Star po rzutach Sarana i Salamonika szybko objął prowadzenie. Jak się jednak okazało, były to miłego złego początki. W zespole gości szalał Dubiel, który najpierw doprowadził do remisu, a po chwili wyprowadził łańcucian na prowadzenie. - Chwała dla niego, gdyż jeszcze kilka godzin przed meczem wydawało się, że nie zagra. Doznał ostrego zatrucia po obiedzie. Na szczęście masażysta tyszan podał mu środki rozkurczowe i ostatecznie Bartek mógł wystąpić - tłumaczył Dariusz Kaszowski, trener Sokoła.
Po trafieniu Gapińskiego przewaga przyjezdnych urosła już do siedmiu "oczek". Podopiecznych Mariusza Niedbalskiego poderwał do walki Pacocha, który rzucił z półdystansu równo z ostatnią sekundą pierwszej kwarty. Gospodarze stopniowo odrabiali straty, aż w końcu tuż przed przerwą Salamonik pewnie egzekwował rzuty wolne i Big Star objął ponownie prowadzenie. W tym momencie wydawało się, że tyszanie w drugiej połowie pójdą za ciosem...
Dość nieoczekiwanie, to jednak zawodnicy Sokoła zdominowali trzecią odsłonę. - W każdej akcji byliśmy wolniejsi o jedno tempo. Graliśmy słabo w każdym elemencie gry, a w szczególności na tablicach - grzmiał Niedbalski. Goście, choć mieli zdecydowanie niższy skład, to zebrali w całym spotkaniu aż o 14 piłek więcej! Częste ponawianie akcji pozwoliło im wygrać w tej części gry różnicą 16 punktów. Nadal świetnie prezentował się Gapiński, a do tego wspomagał go Nitsche. - To młody zawodnik, który dotychczas grał tylko w II lidze, dlatego nie ukrywam, że jestem mocno zaskoczony jego występem - twierdził wyraźnie zadowolony trener przyjezdnych.
Wydawało się, że w tej sytuacji Big Star nie będzie już w stanie zagrozić gościom. I w pewnym momencie przewaga łańcucian urosłą już do 19 "oczek". - Myśleliśmy, że wszystko jest już pod kontrolą. Jednak to co zrobiliśmy w samej końcówce woła o pomstę do nieba - złościł się Kaszowski. Zawodnicy Sokoła popełnili aż 10 strat i gospodarze zbliżyli się na pięć punktów różnicy. Na więcej zabrakło im już jednak czasu i ostatecznie tyszanie przegrali pierwsze spotkanie na własnym parkiecie w tym sezonie.
Po trafieniu Gapińskiego przewaga przyjezdnych urosła już do siedmiu "oczek". Podopiecznych Mariusza Niedbalskiego poderwał do walki Pacocha, który rzucił z półdystansu równo z ostatnią sekundą pierwszej kwarty. Gospodarze stopniowo odrabiali straty, aż w końcu tuż przed przerwą Salamonik pewnie egzekwował rzuty wolne i Big Star objął ponownie prowadzenie. W tym momencie wydawało się, że tyszanie w drugiej połowie pójdą za ciosem...
Dość nieoczekiwanie, to jednak zawodnicy Sokoła zdominowali trzecią odsłonę. - W każdej akcji byliśmy wolniejsi o jedno tempo. Graliśmy słabo w każdym elemencie gry, a w szczególności na tablicach - grzmiał Niedbalski. Goście, choć mieli zdecydowanie niższy skład, to zebrali w całym spotkaniu aż o 14 piłek więcej! Częste ponawianie akcji pozwoliło im wygrać w tej części gry różnicą 16 punktów. Nadal świetnie prezentował się Gapiński, a do tego wspomagał go Nitsche. - To młody zawodnik, który dotychczas grał tylko w II lidze, dlatego nie ukrywam, że jestem mocno zaskoczony jego występem - twierdził wyraźnie zadowolony trener przyjezdnych.
Wydawało się, że w tej sytuacji Big Star nie będzie już w stanie zagrozić gościom. I w pewnym momencie przewaga łańcucian urosłą już do 19 "oczek". - Myśleliśmy, że wszystko jest już pod kontrolą. Jednak to co zrobiliśmy w samej końcówce woła o pomstę do nieba - złościł się Kaszowski. Zawodnicy Sokoła popełnili aż 10 strat i gospodarze zbliżyli się na pięć punktów różnicy. Na więcej zabrakło im już jednak czasu i ostatecznie tyszanie przegrali pierwsze spotkanie na własnym parkiecie w tym sezonie.
Polecane
Koszykówka