Arkadiusz Kowalczyk nie mógł spać przez całą noc. Dlaczego?
24.02.2011
Czasem w życiu wydaje się, że nie może być gorzej. A potem ta granica przesuwa się jeszcze dalej. Spokojnie, wszystko jest w porządku i mam na myśli jedynie towarzyszącą nam pogodę. Wielka ulewa zamieniła okolicę w jedno wielkie grzęzawisko. Musieliśmy odwołać pierwszy trening na boisku, bowiem trudno jest biegać w wodzie po kostki. Zespół przeszedł za to na miejscową siłownię, by popracować nad górnymi partiami mięśniowymi.
Tego dnia z kierownikiem drużyny sporo myśleliśmy o wyjeździe do ośrodka, który podczas grudniowej eskapady niesamowicie przypadł nam do gustu. Od tamtej pory z regularnością szwajcarskiego zegarka opowiadaliśmy wszystkim członkom zespołu o hotelu i kompleksie boisk pod tytułem "Gold City”. Te opowieści ukuły wręcz pewną legendę, dlatego meczu z norweskim Il Hodd oczekiwaliśmy z niekłamaną niecierpliwością.
Zanim jednak dotarliśmy na miejsce, autokar z drużyną przemierzał wąziutkie uliczki Alanyi. Wszyscy przyklejeni do szyb, wypatrywaliśmy niewielkiego sklepu z galanterią. Nie, nie zamierzaliśmy niczego nabyć - po prostu wspieraliśmy naszego kolegę przed gniewem swej oblubienicy. Otóż, Arek Kowalczyk nie mógł spać całą noc, bowiem w hotelowym pokoju spostrzegł, że prezent dla swej ukochanej różni się od tego, który wybrał. Dopingując "Kowala”, czekaliśmy z drżeniem rąk na powodzenie akcji o kryptonimie "wymiana torebki”. Gdy zobaczyliśmy uśmiechniętego Arka, kamień spadł nam z serca. Chłopak może ze spokojem wewnętrznym wracać do domu.
Dojazd do "Gold City" nie należy do najłatwiejszych. Szczególnie podczas podróży autobusem. Szutrowa droga - kręta i o dużym nachyleniu - nie nastrajała optymistycznie. Tym bardziej, że przy hamowaniu słychać było różnego rodzaju skrzypiące odgłosy. Po chwilach napięcia i skoków ciśnienia zameldowaliśmy się przy boisku. Murawa równa niczym stół bilardowy, a do tego fantastyczne okoliczności przyrody - ośrodek otoczony górami, a nieopodal siatki głęboka przepaść.
Spotkanie z norweskim pierwszoligowcem przebiegało pod nasze dyktando. Generalnie przez całe 90 minut posiadaliśmy inicjatywę, a rywale mieli jedynie krótkie momenty przebłysków. Niewątpliwie nie zagraliśmy najlepszego meczu na tym obozie, ale sparingi służą najpierw uwypukleniu, a potem wyeliminowaniu błędów. Do tego szlifujemy różne rozwiązania personalne oraz taktyczne. Sam mecz zakończył się zwycięstwem GKS-u 2-1 - bramki zdobywali Adrian Napierała (głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Piotrka Plewni) oraz Bartosz Karwan.
Po kolacji wybraliśmy się na odnowę biologiczną. Wydawało się, że dzień wybrzmi bez większych sensacji. Wydawało się… Piłkarze postanowili pożartować z trenerów i w pewnym momencie wrzucili nas do basenu. Tyle, że w ubraniach. Śmiechu nie było końca. Wyżymanie i suszenie ciuchów trwało bardzo długo. Ostatni akcent odnowy stanowił pojedynek w piłkę wodną. Równie zacięty jak na zielonym boisku. Następnie udaliśmy się do pokojów. Czas na odpoczynek. Kolejny sparing rozegramy w piątek, a rywalem będzie lider ukraińskiej I ligi (zaplecze ekstraklasy) PFK Aleksandria.
Serdeczne pozdrowienie dla kibiców!
Marcin Gabor
Tego dnia z kierownikiem drużyny sporo myśleliśmy o wyjeździe do ośrodka, który podczas grudniowej eskapady niesamowicie przypadł nam do gustu. Od tamtej pory z regularnością szwajcarskiego zegarka opowiadaliśmy wszystkim członkom zespołu o hotelu i kompleksie boisk pod tytułem "Gold City”. Te opowieści ukuły wręcz pewną legendę, dlatego meczu z norweskim Il Hodd oczekiwaliśmy z niekłamaną niecierpliwością.
Zanim jednak dotarliśmy na miejsce, autokar z drużyną przemierzał wąziutkie uliczki Alanyi. Wszyscy przyklejeni do szyb, wypatrywaliśmy niewielkiego sklepu z galanterią. Nie, nie zamierzaliśmy niczego nabyć - po prostu wspieraliśmy naszego kolegę przed gniewem swej oblubienicy. Otóż, Arek Kowalczyk nie mógł spać całą noc, bowiem w hotelowym pokoju spostrzegł, że prezent dla swej ukochanej różni się od tego, który wybrał. Dopingując "Kowala”, czekaliśmy z drżeniem rąk na powodzenie akcji o kryptonimie "wymiana torebki”. Gdy zobaczyliśmy uśmiechniętego Arka, kamień spadł nam z serca. Chłopak może ze spokojem wewnętrznym wracać do domu.
Dojazd do "Gold City" nie należy do najłatwiejszych. Szczególnie podczas podróży autobusem. Szutrowa droga - kręta i o dużym nachyleniu - nie nastrajała optymistycznie. Tym bardziej, że przy hamowaniu słychać było różnego rodzaju skrzypiące odgłosy. Po chwilach napięcia i skoków ciśnienia zameldowaliśmy się przy boisku. Murawa równa niczym stół bilardowy, a do tego fantastyczne okoliczności przyrody - ośrodek otoczony górami, a nieopodal siatki głęboka przepaść.
Spotkanie z norweskim pierwszoligowcem przebiegało pod nasze dyktando. Generalnie przez całe 90 minut posiadaliśmy inicjatywę, a rywale mieli jedynie krótkie momenty przebłysków. Niewątpliwie nie zagraliśmy najlepszego meczu na tym obozie, ale sparingi służą najpierw uwypukleniu, a potem wyeliminowaniu błędów. Do tego szlifujemy różne rozwiązania personalne oraz taktyczne. Sam mecz zakończył się zwycięstwem GKS-u 2-1 - bramki zdobywali Adrian Napierała (głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Piotrka Plewni) oraz Bartosz Karwan.
Po kolacji wybraliśmy się na odnowę biologiczną. Wydawało się, że dzień wybrzmi bez większych sensacji. Wydawało się… Piłkarze postanowili pożartować z trenerów i w pewnym momencie wrzucili nas do basenu. Tyle, że w ubraniach. Śmiechu nie było końca. Wyżymanie i suszenie ciuchów trwało bardzo długo. Ostatni akcent odnowy stanowił pojedynek w piłkę wodną. Równie zacięty jak na zielonym boisku. Następnie udaliśmy się do pokojów. Czas na odpoczynek. Kolejny sparing rozegramy w piątek, a rywalem będzie lider ukraińskiej I ligi (zaplecze ekstraklasy) PFK Aleksandria.
Serdeczne pozdrowienie dla kibiców!
Marcin Gabor
Polecane
I liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku