Zagłębie - Naprzód 4-6. Nie przeszkodziła im nawet... awaria światła

29.01.2010
- Cały świat wygrywa w przewagach, a my tracimy bramki. Dramat - wzdychał Artur Ślusarczyk, kapitan Zagłębia Sosnowiec, któremu Naprzód Janów strzelał gole nawet w podwójnym osłabieniu.
W ostatnim czasie hokeiści Naprzodu specjalizują się w gonieniu rywali. - Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale - faktycznie - zaczynamy grać dopiero po ciosie - przyznał Miroslav Zatko, obrońca janowian. Zagłębie wyprowadziło dwa, czym podrażniło przeciwnika, który przyzwyczaił swoich kibiców również do łapania sporej liczby niepotrzebnych kar. - To właśnie przez głupie faule nie potrafimy złapać rytmu - wskazał Krzysztof Kulawik, trener gości, który tym razem nie zrugał za to swoich podopiecznych, bo ci trzykrotnie w osłabieniu wyprowadzili zabójcze kontry.

Milan Skokan, szkoleniowiec gospodarzy, widząc nieporadność swoich zawodników, nakazał rozgrzewkę Marcinowi Kozłowskiemu, który przez dwie pierwsze tercje przyglądał się tylko z boksu. Gdy w drugiej przerwie wyjechał razem z rolbą na lód, aby się porozciągać... zgasła połowa świateł nad taflą. Po konsultacji z kapitanami obu drużyn, sędzia postanowił zaczekać aż usterka zostanie naprawiona i zawodnicy zjechali z powrotem do szatni.

W tym momencie do akcji wkroczyli bracia Da Costa, zapewniając kibicom rozrywkę. Stanęli naprzeciwko i strzelali sobie do pustych bramek przez całą długość lodowiska. Fani ożywili się bardziej niż podczas samego meczu i po celnych trafieniach skandowali: "Jeszcze jeden...”, czy też "Kto wygra mecz? Teddy”.

Publiczność miała wypełniony czas przymusowej przerwy, która trwała pół godziny, natomiast hokeiści narzekali na dodatkową pauzę. - Nie był to dobry moment. Mięśnie zastygły i mogło się skończyć kontuzjami. Na szczęście incydent nie wybił nas z rytmu - cieszył się Zatko. Kapitan miejscowych również odniósł się do awarii. - Na lodowisku zasilanie padło po drugiej tercji, nam - niestety - wcześniej - podsumował Ślusarczyk.

Do składu sosnowiczan powrócił po kontuzji Luka i od razu wpisał się na listę strzelców. Spore zaangażowanie wykazał także Sarnik, który tydzień temu pokłócił się z władzami klubu. Został wydalony z drużyny, po czym się przeprosił i znów wyjechał na lód. Kibice z mieszanymi uczuciami przyjęli zawodnika. Nie brakowało krytycznych uwag, które można było usłyszeć w skromnej kolejce po bilety. To również zostało skomentowane. - Nasza liczebność obrazuje jakość gry - tłumaczyli fani.
autor: Mariusz Polak

Przeczytaj również