Zagłębie - Jastrzębie 8-2. Gospodarze zaskoczyli... samych siebie
08.01.2010
- Trenujemy w Karvinie (z powodu występów Jastrzębskiego Węgla w europejskich pucharach lodowisko zostało zaadaptowane na siatkarską arenę - przyp. red.). Żyjemy obecnie na walizkach. Wyszliśmy na lód praktycznie z marszu i przespaliśmy początek - Pavel Zdrahal, napastnik gości, próbował tłumaczyć powody chwili dekoncentracji, która kosztowała jego zespół stratę dwóch bramek.
Problem JKH był o tyle większy, że po pierwszej i drugiej przerwie historia się powtórzyła. - Zostaliśmy praktycznie w szatni. Do tego jeszcze ta tragiczna środkowa odsłona. Dostaliśmy porządne ciosy - kręcił głową Wojciech Matczak.
Gospodarzom gra na tyle się układała, że aż sami byli zaskoczeni. - Rzeczywiście, sporo nam wychodziło - uśmiechał się Artur Ślusarczyk, kapitan Zagłębia. Kibice miejscowych liczyli tylko kolejne bramki i wciąż wołali: "mało"! W końcu licznik zatrzymał się na ośmiu trafieniach. - Nie mogło tak być w poprzednim meczu z Podhalem? - pytał retorycznie David Galvas, obrońca sosnowiczan. - Wtedy oddaliśmy około 50 strzałów, a zeszliśmy jako pokonani - żałował Czech.
Przyjezdni śmielej zaatakowali dopiero w końcówce. Na lodzie pojawili się Mackiewicz i Radwan, którzy wcześniej tylko przyglądali się poczynaniom kolegów z boksu. Napastnicy przeprowadzili kilka groźnych akcji. Pierwszy z nich zdołał jedną wykorzystać. - Czwarty atak to jedyny pozytyw - podsumował Matczak, który nie mógł zrozumieć, dlaczego pierwsza trójka snajperów zawiodła na całej linii. - Przecież to oni mają punktować, a skończyli pojedynek z bilansem 1-3 - zauważył szkoleniowiec.
Problem JKH był o tyle większy, że po pierwszej i drugiej przerwie historia się powtórzyła. - Zostaliśmy praktycznie w szatni. Do tego jeszcze ta tragiczna środkowa odsłona. Dostaliśmy porządne ciosy - kręcił głową Wojciech Matczak.
Gospodarzom gra na tyle się układała, że aż sami byli zaskoczeni. - Rzeczywiście, sporo nam wychodziło - uśmiechał się Artur Ślusarczyk, kapitan Zagłębia. Kibice miejscowych liczyli tylko kolejne bramki i wciąż wołali: "mało"! W końcu licznik zatrzymał się na ośmiu trafieniach. - Nie mogło tak być w poprzednim meczu z Podhalem? - pytał retorycznie David Galvas, obrońca sosnowiczan. - Wtedy oddaliśmy około 50 strzałów, a zeszliśmy jako pokonani - żałował Czech.
Przyjezdni śmielej zaatakowali dopiero w końcówce. Na lodzie pojawili się Mackiewicz i Radwan, którzy wcześniej tylko przyglądali się poczynaniom kolegów z boksu. Napastnicy przeprowadzili kilka groźnych akcji. Pierwszy z nich zdołał jedną wykorzystać. - Czwarty atak to jedyny pozytyw - podsumował Matczak, który nie mógł zrozumieć, dlaczego pierwsza trójka snajperów zawiodła na całej linii. - Przecież to oni mają punktować, a skończyli pojedynek z bilansem 1-3 - zauważył szkoleniowiec.
Polecane
Polska Hokej Liga
Przeczytaj również
05.08.2022
05.08.2022
Bez gola, bez błysku, bez punktów