Zagłębie - Cracovia 1-4. Sosnowiczanie mogą spokojnie się ogolić

01.03.2010
Koniec marzeń Zagłębia o wielkim finale. Sosnowiczanie przegrali trzecie spotkanie z Cracovią Kraków, a że mistrzowie posiadali dodatkowo bonus, pozostała im walka "jedynie" o brązowy medal.
Od weekendu w kilku miejscach Sosnowca można było zobaczyć transparenty zapraszające na dwa mecze z Cracovią. Nikt bowiem nie dopuszczał myśli, że rywalizacja z mistrzem Polski może zakończyć się już po jednym spotkaniu na Stadionie Zimowym. Rywale Zagłębia byli przed konfrontacją w bardzo dobrej sytuacji. Bonus oraz dwie wygrane na własnym lodowisku sprawiły, że od finału dzieliło ich tylko zwycięstwo.

- Boli porażka w pierwszym meczu w Krakowie. Mogliśmy pokusić się o triumf, ale przegraliśmy na własne życzenie - żałował Milan Skokan, trener gospodarzy, którzy chcąc przedłużyć nadzieje nie mogli pozwolić sobie na wpadkę. Radziszewskiego nękali Luka, Teddy Da Costa czy Bernat, ale czynili to nieskutecznie. Pierwszy atak zawodził, dlatego sprawy w swoje ręce wziął, będący ostatnio w dobrej dyspozycji, Jaros. Dobijając strzał Opatovskyego, wyprowadził swój zespół na prowadzenie.

Podrażnieni mistrzowie szybko się otrząsnęli. Skrzętnie wykorzystali błędy przeciwnika i losy spotkania się odwróciły. - To jest naszą bolączką przez cały ten sezon. Tracimy głupie bramki - wzdychał Jarosław Różański, napastnik miejscowych. - Jak nie wykorzystuje się stuprocentowych sytuacji i popełnia takie gafy, to ciężko o korzystny rezultat - zauważył Skokan, mający na myśli marnowane okazje przez dotychczasowych liderów zespołu (przy stanie 1-0 Teddy Da Costa przestrzelił z rzutu karnego) oraz pomyłki obrońców.

Przyjezdni dali się przeciwnikowi "wyszumieć”, a później narzucili swój styl. - Nie było to łatwe zwycięstwo - podkreślał Rudolf Rohaczek, szkoleniowiec Cracovii. Miejscowi kibice nie byli jednak zadowoleni z postawy swoich pupili, co też głośno im zakomunikowali. Nawet ostre słowa nie pomogły wykrzesać ostatnich sił z hokeistów. Kiedy Radwański zdobył czwartego gola, zaczęli opuszczać lodowisko.

Tradycją jest, że od momentu rozpoczęcia rywalizacji w play-off hokeiści odstawiają na bok maszynki do golenia aż do czasu zakończenia finału. - My już możemy się ogolić - westchnął na koniec Różański.
autor: Mariusz Polak

Przeczytaj również