Trener Rekordu: Końcówka w IV lidze ciekawa jak w... ekstraklasie!
06.05.2012
Panie trenerze, pewnie wierzy pan w swój zespół, ale spodziewał się pan aż tak wysokiej wygranej?
Mirosław Szymura: - Takiego wyniku nikt się nie spodziewał. Nie ukrywam, że sam jestem mocno zaskoczony, choć przecież jako trener powinienem mocno stać za swoimi zawodnikami. I tak oczywiście jest, ale... tak wysoka wygrana to jednak ogromna niespodzianka. Końcówkę zagraliśmy koncertowo. Wychodziło nam wszystko. Mówiłem chłopakom, że w naszych poczynaniach bardzo często widać nerwowość. Presja, o której się mówi, cały czas gdzieś w głowach jest. Toczymy przecież korespondencyjny pojedynek z LKS-em Czaniec i Podbeskidziem II Bielsko-Biała.
W poprzednich meczach też źle nie graliście, ale taki koncert chyba wam się w tym sezonie nie zdarzył?
- Powiem może nieskromnie, ale z Unią Racibórz, w meczu, który skończył się wynikiem 6-4, gdyby wszystko się tak ułożyło, jak z Iskrą, gdybyśmy zagrali z takim samym luzem, to rezultat byłby podobny. Identyczne spotkanie graliśmy ostatnio w Marklowicach. Też prowadziliśmy grę, mieliśmy sytuacje, wygrywaliśmy 2-0. Później rywal strzelił jakąś przypadkową bramkę, a my szybko podwyższyliśmy na 3-1. Tyle, że to, co się działo teraz w końcówce, przeszło wszelkie oczekiwania. Bardzo się cieszymy. Ja cały czas wierzę w swój zespół i wiem, że potrafimy grać. Jakby ten mecz trwał jeszcze 10 minut dłużej, to tak, jak prezes powiedział, zabrakłoby nam zegara na wskazywanie wyniku. Były jeszcze dwie-trzy znakomite sytuacje bramkowe. Staram się chłopakom wbijać do głów, żeby grali bez tej presji, ale to można tak mówić. Wiadomo, że ona jest i będzie do samego końca. Jesteśmy na nią skazani.
Co się stało w szatni Rekordu? Wszak do przerwy prowadziliście tylko 1-0...
- Nie robiłem jakiejś wielkiej paniki. Byliśmy przekonani, że z biegiem czasu wszystko będzie się dla nas układać coraz lepiej. Mamy dość szeroką kadrę, a na ławce zawodników, którzy po wejściu, nie zaniżają jakości gry. Udało nam się też ostatnio pożonglować graczami. Mieliśmy przecież maraton jak w angielskiej lidze, więc z kartką i ołówkiem wyliczaliśmy, kto spędził na boisku ile minut. A Iskra? W czwartek grała ciężki mecz, w którym do końca goniła wynik. My natomiast mieliśmy spotkanie w Marklowicach cały czas pod kontrolą i mogliśmy sobie pozwolić na rotację. Byłem więc przekonany, że im bliżej końca potyczki z Iskrą, tym nasza przewaga będzie większa. A trener Jan Żurek narzekał, że tak szerokiej ławki, jak my, nie ma...
Jak pana zawodnicy przyjmują częste zmiany w składzie?
- Cały czas podkreślamy, że robimy zmiany, bo musimy je robić. Nie jest tak, że kogoś ściągamy, bo grał słabo. W meczu z Iskrą w przerwie zszedł Mateusz Żyła, który pokazał się nieźle, a wszedł Alan Czerwiński i strzelił gola. Mateusz ostatnio występował natomiast po 90 minut. Mamy zawodników, którzy wchodzą i na świeżości ciągną zespół do przodu, więc musimy z tego korzystać.
Nie zmienia się u was jedno - Bartosz Woźniak wciąż skuteczny. Pszczynianom zaaplikował cztery bramki...
- Bardzo się cieszę z tych jego czterech goli, bo nie ukrywam, że w ostatnich dwóch meczach był mocno podrażniony. Z Żorami zmieniliśmy go w przerwie, podobnie jak w Marklowicach. Na tę zmianę w Marklowicach zareagował bardzo nerwowo. Nie chodzi oczywiście o jakieś pretensje, ale o taką sportową złość. I teraz było widać jej ujście. To zawodnik doświadczony, ale taki emocjonalny, który bardzo często reaguje nerwowo, co przeszkadza mu w grze. Dziś grał na luzie i bramki strzelał bez najmniejszych problemów.
Do końca zostało sześć kolejek. O awans walczą trzy drużyny, a może go uzyskać tylko jedna. Jakie są pana przewidywania na ten finisz sezonu?
- Za tydzień mecz Czaniec - Podbeskidzie II. Nie ukrywam, że liczymy, że skoro Podbeskidzie świetnie zagrało teraz z Unią Racibórz, wygrywając 7-0, to świetnie zagra też w Czańcu. Po analizie terminarza, wydaje mi się, że mamy troszeczkę lepszy układ gier. Ale przed nami też ciężkie mecze w Bojszowach, czy u siebie z GKS-em Jastrzębie, który jest rewelacją rundy wiosennej. A tak naprawdę w walce o mistrzostwo każdy mecz jest trudny. Mamy przykład Legii Warszawa i tego, co się dzieje w ekstraklasie. Teraz wygraliśmy 8-1, a za tydzień pojedziemy do Bojszów i trzeba będzie znów walczyć na całym boisku, a potem nasłuchiwać wieści z Czańca. To jest właśnie to, że nie my rozdajemy karty. Można sobie pluć w brodę, że nie zremisowaliśmy w Czańcu czy w Żywcu, ale to płakanie nad rozlanym mlekiem. To się stało i jest już za nami. Emocje będą w IV lidze do samego końca. Tak ciekawy finisz to chyba tylko w ekstraklasie...
Rozmawiał Michał Trela.
Mirosław Szymura: - Takiego wyniku nikt się nie spodziewał. Nie ukrywam, że sam jestem mocno zaskoczony, choć przecież jako trener powinienem mocno stać za swoimi zawodnikami. I tak oczywiście jest, ale... tak wysoka wygrana to jednak ogromna niespodzianka. Końcówkę zagraliśmy koncertowo. Wychodziło nam wszystko. Mówiłem chłopakom, że w naszych poczynaniach bardzo często widać nerwowość. Presja, o której się mówi, cały czas gdzieś w głowach jest. Toczymy przecież korespondencyjny pojedynek z LKS-em Czaniec i Podbeskidziem II Bielsko-Biała.
W poprzednich meczach też źle nie graliście, ale taki koncert chyba wam się w tym sezonie nie zdarzył?
- Powiem może nieskromnie, ale z Unią Racibórz, w meczu, który skończył się wynikiem 6-4, gdyby wszystko się tak ułożyło, jak z Iskrą, gdybyśmy zagrali z takim samym luzem, to rezultat byłby podobny. Identyczne spotkanie graliśmy ostatnio w Marklowicach. Też prowadziliśmy grę, mieliśmy sytuacje, wygrywaliśmy 2-0. Później rywal strzelił jakąś przypadkową bramkę, a my szybko podwyższyliśmy na 3-1. Tyle, że to, co się działo teraz w końcówce, przeszło wszelkie oczekiwania. Bardzo się cieszymy. Ja cały czas wierzę w swój zespół i wiem, że potrafimy grać. Jakby ten mecz trwał jeszcze 10 minut dłużej, to tak, jak prezes powiedział, zabrakłoby nam zegara na wskazywanie wyniku. Były jeszcze dwie-trzy znakomite sytuacje bramkowe. Staram się chłopakom wbijać do głów, żeby grali bez tej presji, ale to można tak mówić. Wiadomo, że ona jest i będzie do samego końca. Jesteśmy na nią skazani.
Co się stało w szatni Rekordu? Wszak do przerwy prowadziliście tylko 1-0...
- Nie robiłem jakiejś wielkiej paniki. Byliśmy przekonani, że z biegiem czasu wszystko będzie się dla nas układać coraz lepiej. Mamy dość szeroką kadrę, a na ławce zawodników, którzy po wejściu, nie zaniżają jakości gry. Udało nam się też ostatnio pożonglować graczami. Mieliśmy przecież maraton jak w angielskiej lidze, więc z kartką i ołówkiem wyliczaliśmy, kto spędził na boisku ile minut. A Iskra? W czwartek grała ciężki mecz, w którym do końca goniła wynik. My natomiast mieliśmy spotkanie w Marklowicach cały czas pod kontrolą i mogliśmy sobie pozwolić na rotację. Byłem więc przekonany, że im bliżej końca potyczki z Iskrą, tym nasza przewaga będzie większa. A trener Jan Żurek narzekał, że tak szerokiej ławki, jak my, nie ma...
Jak pana zawodnicy przyjmują częste zmiany w składzie?
- Cały czas podkreślamy, że robimy zmiany, bo musimy je robić. Nie jest tak, że kogoś ściągamy, bo grał słabo. W meczu z Iskrą w przerwie zszedł Mateusz Żyła, który pokazał się nieźle, a wszedł Alan Czerwiński i strzelił gola. Mateusz ostatnio występował natomiast po 90 minut. Mamy zawodników, którzy wchodzą i na świeżości ciągną zespół do przodu, więc musimy z tego korzystać.
Nie zmienia się u was jedno - Bartosz Woźniak wciąż skuteczny. Pszczynianom zaaplikował cztery bramki...
- Bardzo się cieszę z tych jego czterech goli, bo nie ukrywam, że w ostatnich dwóch meczach był mocno podrażniony. Z Żorami zmieniliśmy go w przerwie, podobnie jak w Marklowicach. Na tę zmianę w Marklowicach zareagował bardzo nerwowo. Nie chodzi oczywiście o jakieś pretensje, ale o taką sportową złość. I teraz było widać jej ujście. To zawodnik doświadczony, ale taki emocjonalny, który bardzo często reaguje nerwowo, co przeszkadza mu w grze. Dziś grał na luzie i bramki strzelał bez najmniejszych problemów.
Do końca zostało sześć kolejek. O awans walczą trzy drużyny, a może go uzyskać tylko jedna. Jakie są pana przewidywania na ten finisz sezonu?
- Za tydzień mecz Czaniec - Podbeskidzie II. Nie ukrywam, że liczymy, że skoro Podbeskidzie świetnie zagrało teraz z Unią Racibórz, wygrywając 7-0, to świetnie zagra też w Czańcu. Po analizie terminarza, wydaje mi się, że mamy troszeczkę lepszy układ gier. Ale przed nami też ciężkie mecze w Bojszowach, czy u siebie z GKS-em Jastrzębie, który jest rewelacją rundy wiosennej. A tak naprawdę w walce o mistrzostwo każdy mecz jest trudny. Mamy przykład Legii Warszawa i tego, co się dzieje w ekstraklasie. Teraz wygraliśmy 8-1, a za tydzień pojedziemy do Bojszów i trzeba będzie znów walczyć na całym boisku, a potem nasłuchiwać wieści z Czańca. To jest właśnie to, że nie my rozdajemy karty. Można sobie pluć w brodę, że nie zremisowaliśmy w Czańcu czy w Żywcu, ale to płakanie nad rozlanym mlekiem. To się stało i jest już za nami. Emocje będą w IV lidze do samego końca. Tak ciekawy finisz to chyba tylko w ekstraklasie...
Rozmawiał Michał Trela.
Polecane