Trener ostatniej drużyny w IV lidze: Jak spadniemy, nic się nie stanie

24.02.2010
Nic nie wskazuje na to, by ŁTS Łabędy nie przystąpił do rundy rewanżowej. Finansowo wygląda fatalnie, ale sportowo... - Można powiedzieć, że dobrze, bo chłopcy... przychodzą na treningi - mówi Henryk Franik.
A duża frekwencja na zajęciach to już coś. Klub z dzielnicy Gliwic jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Jego kłopoty zaczęły się, gdy od pomocy odcięło się potężne przedsiębiorstwo, Bumar Łabędy. Do tej pory ŁTS nie znalazł sponsora. Do rundy wiosennej powinien jednak przystąpić. - Ja zresztą nie biorę pod uwagę innej opcji. O tym, że Łabędy się wycofują, słyszałem tylko od takich ludzi, którzy chyba nam tego życzyli - rozmyśla trener Henryk Franik.

Oficjalnego stanowiska w tej sprawie nie sposób ustalić. Telefon prezesa klubu milczy od dłuższego czasu. Trudno jednak przypuszczać, by drużyna została zawieszona, skoro przygotowuje się do startu w rundzie rewanżowej.

- Trenujemy pięć razy w tygodniu. Biegamy po lesie, ćwiczymy w hali i siłowni. A w weekendy rozgrywamy sparingi. Z frekwencją nie jest źle. Pokazuje mi się 20, 22, czasem 17 chłopaków. Cieszymy się z tego, co mamy - napawa optymizmem szkoleniowiec outsidera ligi.

A kolejną dobrą dla niego informacją jest... nieszczęście rywali. Jeśli potwierdzą się informacje o nieprzystąpieniu do rozgrywek Górnika MK Katowice, ŁTS "za darmo" zyska jedną pozycję. Co oczywiście... niewiele pomoże, bo z IV ligi do "okręgówki" degradowane są dwa zespoły. - Najważniejsze jednak, by klub był stabilny finansowo i organizacyjnie. Jeśli pojawią się środki, to nawet jeśli spadniemy, nic się nie stanie. Będziemy mogli wrócić tutaj za rok. Byle byśmy nie musieli myśleć cały czas o tym, czy klub przetrwa, czy nie - tłumaczy Franik.
autor: Stanisław Hajda

Przeczytaj również