Sam się zgłosił do MRKS-u. Teraz sprawia, że zapominają o gwieździe
08.09.2011
Trener IV-ligowego MRKS-u Czechowice-Dziedzice ma powody do zadowolenia. Jego ekipa najpierw w piątek, z okazji 90-lecia klubu, rozgromiła Pogoń Lwów 5-0, a we wtorek wygrała zaległy mecz ligowy z Wisłą Ustronianką (2-0) i awansowała na czwarte miejsce w tabeli. - Wydawało się, że spotkanie z Pogonią to tylko taki sparing. Tymczasem wtedy trzy gole strzelił Piotr Nikodem, a dwa Jakub Płoszaj, o którym mówiłem, że dobrze się pokazał. A oni kilka dni później znów strzelili po bramce - podkreśla Madeja.
Z drużyny, która w zeszłym sezonie do końca biła się o awans, odeszło latem kilku kluczowych zawodników. Bramkarz Krzysztof Michałowski i napastnik Mateusz Piesiur zasilili Rekord Bielsko-Biała. Największą stratą było jednak odejście Damiana Szczęsnego, niekwestionowanej gwiazdy MRKS-u, który trafił do II-ligowego GKS-u Tychy. Tymczasem w jego byłym klubie są na najlepszej drodze do tego, by o nim zapomnieć...
Wszystko dlatego, że na horyzoncie pojawił się Jakub Płoszaj. W spotkaniu z Wisłą najpierw uderzył cudownie, z 30 metrów w samo okienko, a następnie idealnie dograł piłkę "na patelni" do Piotra Nikodema, który dopełnił formalności. - Trzeba to otwarcie powiedzieć. Wygrał nam ten mecz. Strzelił bramkę "stadiony świata", później tak dograł do Nikodema, że ten uderzył do pustej. Nie był samolubny, nie kończył akcji sam - zachwala zawodnika Madeja.
Co ciekawe, Płoszaja wcale mogło w Czechowicach nie być. - To chłopak z rocznika 1991. Wcześniej coś tam próbował w Zaporze Porąbka. Ale przed sezonem zgłosił się do nas sam. I bardzo się cieszę, że to zrobił. Wzięliśmy go i proszę zobaczyć, co wyprawia... - mówi trener.
Z drużyny, która w zeszłym sezonie do końca biła się o awans, odeszło latem kilku kluczowych zawodników. Bramkarz Krzysztof Michałowski i napastnik Mateusz Piesiur zasilili Rekord Bielsko-Biała. Największą stratą było jednak odejście Damiana Szczęsnego, niekwestionowanej gwiazdy MRKS-u, który trafił do II-ligowego GKS-u Tychy. Tymczasem w jego byłym klubie są na najlepszej drodze do tego, by o nim zapomnieć...
Wszystko dlatego, że na horyzoncie pojawił się Jakub Płoszaj. W spotkaniu z Wisłą najpierw uderzył cudownie, z 30 metrów w samo okienko, a następnie idealnie dograł piłkę "na patelni" do Piotra Nikodema, który dopełnił formalności. - Trzeba to otwarcie powiedzieć. Wygrał nam ten mecz. Strzelił bramkę "stadiony świata", później tak dograł do Nikodema, że ten uderzył do pustej. Nie był samolubny, nie kończył akcji sam - zachwala zawodnika Madeja.
Co ciekawe, Płoszaja wcale mogło w Czechowicach nie być. - To chłopak z rocznika 1991. Wcześniej coś tam próbował w Zaporze Porąbka. Ale przed sezonem zgłosił się do nas sam. I bardzo się cieszę, że to zrobił. Wzięliśmy go i proszę zobaczyć, co wyprawia... - mówi trener.
Polecane