Radosław Gilewicz strzeleniem trzech goli zakończył karierę
21.06.2009
Zachwycał swoją grą nie tylko w Polsce, ale również w Szwajcarii, Niemczech i w Austrii. Jako napastnik Tirolu Innsbruck zdobył tytuł króla strzelców i trzy mistrzostwa. Do tego dołożył "majstra" i dwa puchary z Austrą Wiedeń, a wcześniej Puchar Niemiec z VfB Stuttgart. To w tym klubie grał razem z Fredi Bobiciem, czołowym kiedyś napastnikiem Bundesligi. - Dla mnie to przyjemność uczestniczyć w ostatnim meczu Radka. Zawsze był dobrym charakterem w szatni i bardzo pracowitym ogniwem na boisku - chwalił Bobić.
- Nawet nie marzyłem, że moja kariera się tak potoczy. Patrząc na swoje decyzje przy zmianach klubów, jestem zadowolony. Teraz pozostaje mi siąść przed telewizorem, oglądać nagrane występy i wspominać - uśmiechnął się Gilewicz, który strzelił w niedzielne popołudnie jeszcze trzy kolejne bramki i prezentował się wybornie. Niemniej wszystko potoczyło się zgodnie ze scenariuszem. Z głośników popłynął przebój "Time to say goodbye", a na murawę za byłego reprezentanta Polski wszedł syn Konrad. - Wierzę, że z moją pomocą jego kariera będzie jeszcze barwniejsza od mojej - stwierdził Radosław.
Główny bohater dziękował swoim znajomym, którzy zjechali na Śląsk. Konstelacja gwiazd była bowiem wyjątkowa. - Jako nastolatek podziwiałem grę większości tych zawodników. Byłbym wtedy zachwycony możliwością zagrania z nimi w jednym zespole. Dziś mi się to udało - cieszył się Sebastian Mila, gracz Śląska Wrocław. Frank Verlaat przyjechał aż z Portugalii, gdzie aktualnie mieszka. - Graliśmy razem. Mam do Radka szacunek, więc to naturalne, że tutaj jestem - tłumaczył Holender, którego doskonale pamiętają kibice w Niemczech.
Jeszcze mocniejsze relacje wiążą Gilewicza z Mariuszem Śrutwą. Obaj razem grali kiedyś w Ruchu Chorzów. - Nasze rodziny są zaprzyjaźnione. Jesteśmy chrzestnymi swoich dzieci, a te relacje wytrzymały próbę odległości. Mamy też wspólne plany na przyszłość, ale co z nich wyjdzie? To się okaże - stwierdził Śrutwa, zahaczając o wątek, jakoby obaj mieli pracować na rzecz "Niebieskich".
- Na razie jadę na wakacje, a potem? Dużo frajdy sprawia mi komentowanie meczów w telewizji. W przyszłości chciałbym też zająć się menedżerką - zapowiedział Gilewicz.
- Nawet nie marzyłem, że moja kariera się tak potoczy. Patrząc na swoje decyzje przy zmianach klubów, jestem zadowolony. Teraz pozostaje mi siąść przed telewizorem, oglądać nagrane występy i wspominać - uśmiechnął się Gilewicz, który strzelił w niedzielne popołudnie jeszcze trzy kolejne bramki i prezentował się wybornie. Niemniej wszystko potoczyło się zgodnie ze scenariuszem. Z głośników popłynął przebój "Time to say goodbye", a na murawę za byłego reprezentanta Polski wszedł syn Konrad. - Wierzę, że z moją pomocą jego kariera będzie jeszcze barwniejsza od mojej - stwierdził Radosław.
Główny bohater dziękował swoim znajomym, którzy zjechali na Śląsk. Konstelacja gwiazd była bowiem wyjątkowa. - Jako nastolatek podziwiałem grę większości tych zawodników. Byłbym wtedy zachwycony możliwością zagrania z nimi w jednym zespole. Dziś mi się to udało - cieszył się Sebastian Mila, gracz Śląska Wrocław. Frank Verlaat przyjechał aż z Portugalii, gdzie aktualnie mieszka. - Graliśmy razem. Mam do Radka szacunek, więc to naturalne, że tutaj jestem - tłumaczył Holender, którego doskonale pamiętają kibice w Niemczech.
Jeszcze mocniejsze relacje wiążą Gilewicza z Mariuszem Śrutwą. Obaj razem grali kiedyś w Ruchu Chorzów. - Nasze rodziny są zaprzyjaźnione. Jesteśmy chrzestnymi swoich dzieci, a te relacje wytrzymały próbę odległości. Mamy też wspólne plany na przyszłość, ale co z nich wyjdzie? To się okaże - stwierdził Śrutwa, zahaczając o wątek, jakoby obaj mieli pracować na rzecz "Niebieskich".
- Na razie jadę na wakacje, a potem? Dużo frajdy sprawia mi komentowanie meczów w telewizji. W przyszłości chciałbym też zająć się menedżerką - zapowiedział Gilewicz.
Polecane