"Po śmierci żony wiem, że awans do III ligi nie jest najważniejszy w życiu"
23.09.2012
Z trenerem IV-ligowej Wisły Ustronianki rozmawialiśmy po wczorajszym wygranym meczu z Rekordem Bielsko-Biała, z którym jeszcze w zeszłym sezonie walczył bezskutecznie o awans do III ligi śląsko-opolskiej.
Panie trenerze, przypomnijmy. Po poprzednim sezonie, w którym nie udało się awansować z Rekordem, zamienił się pan miejscami z Ireneuszem Kościelniakiem, szkoleniowcem Wisły Ustronianki. Teraz zagraliście przeciwko swoim byłym drużynom. To musiało być spotkanie szczególne...
Mirosław Szymura, trener Wisły Ustronianki: - Robiłem wszystko, żeby ten mecz nie miał podtekstów, ale nie dało się tego uniknąć. Było jasne i oczywiste, że podtekst tego meczu jest. Prosiłem chłopaków, żeby zagrali tak, by ludzie nie myśleli, kto po czyjej stronie siedzi na ławce i myślę, że to się udało.
Spotkanie zaczęło się jednak nietypowo, bo ledwie po minucie sędzia przerwał grę na blisko pół godziny, bo fatalnej kontuzji nabawił się Mateusz Waliczek, zawodnik Rekordu...
- Troszeczkę mi żal Mateusza. Myślę, że w tym zagraniu nie było nic zamierzonego. Mimo to, ja po tej sytuacji myślałem, żeby podejść do trenera Kościelniaka i powiedzieć: "Wiesz co, usiądźmy na ławkach, a oni niech grają, żeby nie było więcej takich sytuacji". Później jednak, po rozmowie z chłopakami, stwierdziłem, że nie było w tym złośliwości. Wiadomo, że wyszliśmy na ten mecz nabuzowani, naładowani, bo nie było tajemnicą, jakie wzbudzał emocje.
Wygraliście 2-1. Jak pan ocenia to spotkanie?
- Chłopcy pokazali ogromny charakter i wolę walki. Na pewno na to zwycięstwo zasłużyliśmy, mimo że Rekord jest drużyną poukładaną, o bardzo dużym potencjale. My wygraliśmy właśnie charakterem, czyli tym, czego nam ostatnio zabrakło w Żywcu. Pokazaliśmy, że potrafimy grać, nie przestraszyliśmy się. Pierwsza połowa była w naszym wykonaniu świetna. Sprawdziło się w niej to, co sobie założyłem. Było dużo gry po ziemi i prostopadłych piłek, bo jasne było, że "górę" przegramy. Prowadziliśmy 1-0, ale gdybyśmy mieli więcej szczęścia w polu karnym, mogło być jeszcze lepiej.
Po przerwie obraz gry się jednak zmienił. Dlaczego?
- Spodziewałem się, że Rekord pójdzie do przodu. To drużyna bardzo dobrze przygotowana fizycznie, więc wiadomo było, że sił jej nie zabraknie. Poza tym, mają wartościowych zmienników. Tak też się stało. Druga połowa była bardziej pod dyktando gości, którzy mieli optyczną przewagę. My szukaliśmy szczęścia w kontrach i jedna z nich przyniosła upragnioną drugą bramkę. Uczulałem chłopaków, że Rekord jest bardzo groźny przy stałych fragmentach gry, bo ma super wykonawców "Papę" i "Żyłkę" (Krystian Papatanasiu i Mateusz Żyła - przyp. MT) oraz wysokich zawodników. Ale brakowało nam już chyba sił i wolnych dla Rekordu było dużo. To nie była gra nie fair, po prostu moi gracze, kolokwialnie mówiąc, trochę... "siadali na dół". Stąd spora ilość dośrodkowań, z których jedno przyniosło bielszczanom bramkę. Jednak my, gdybyśmy się zabrali kilkakrotnie lepiej z tymi kontrami, mogliśmy strzelić kolejne gole. Jestem dumny z Wisły Ustronianki.
A co pan myśli o Rekordzie?
- Życzę mu jak najlepiej. Niech przetrwa ten trudny moment. Wiem, co to jest, bo sam to przeżywałem kilka miesięcy temu i nie było mi łatwo. W dzień meczu kończyłem 40 lat, więc tym bardziej przeżywałem ogromne emocje. W domu myślałem sobie: jak wygramy - super. Jak zremisujemy - fajnie. A jak przegramy...? Cóż, nie ukrywam, że kibicuję Rekordowi. Jeśli ma awansować kto inny niż Wisła, to niech to będzie Rekord. Teraz stanęliśmy po przeciwnych stronach barykady i tak jak w zeszłym roku Marcin Biskup (trener LKS-u Czaniec z którym Rekord przegrał walkę o awans, wcześniej pracujący w Cygańskim Lesie - przyp. MT) pozbawił mnie złudzeń, tak tym razem my wygraliśmy zasłużenie.
Ma pan żal o to, że został zwolniony z Rekordu?
- My na ten temat dyskutowaliśmy z prezesem kilkakrotnie. To nie były rozmowy na zasadzie: "Mirek, dzięki", tylko naprawdę na wszystkie możliwe sposoby. Prezes Szymura wychodził z założenia, że trzeba coś zmienić. Mówił, że najłatwiej byłoby mu nic nie robić, ale kto stoi w miejscu, ten się cofa itp. Żal był, bo czułem, że mogę tę drużynę pociągnąć i wywalczyć z nią awans. Tej szansy nie dostałem i muszę to uszanować.
Presja w Bielsku-Białej była chyba nieporównywalna do tej, jaka jest w Wiśle?
- Wie pan, ja sporo w życiu przeszedłem. Trzy lata temu spotkała mnie tragedia, jaką była śmierć żony po błędzie lekarskim. Są momenty, w których staram się przypominać sobie, że awans do III ligi to nie jest najważniejsza rzecz w życiu. Presja? W zeszłym roku była ogromna. Wiadomo, że bardzo chcieliśmy tego awansu. Z Tomkiem Dulebą, z którym wspólnie prowadziliśmy drużynę, uważaliśmy, że zwyczajnie na niego zasługujemy. Tak po prostu. Czaniec miał ogromne szczęście. Wygrywał mecze jedną bramką, strzeloną w doliczonym czasie gry. Nam czegoś brakło. Ale teraz, co się dzieje? Dlaczego Rekord przegrywa? Dlaczego jest w sytuacji, w jakiej jest? Chciałbym, żeby w tym klubie było dobrze, bo... dalej w nim pracuję z młodzieżą, szkolę bramkarzy. Zawsze podkreślam niesamowitą sympatię i uznanie dla prezesa. Ale może to nie jest tak, że Rekord przegrywał minimalnie awans rok po roku przez moje fatum? Może to jest fatum tego klubu?
Trafił pan do Wisły po trenerze Kościelniaku. Jaką drużynę pan zastał?
- Sytuacja była przedziwna, nie było mi łatwo. W Rekordzie przejmowałem drużynę po trenerze Wojciechu Boreckim, który tylko wszedł do szatni i to wystarczyło, bo był postacią nietuzinkową. Tu też przychodziłem na ugruntowaną sytuację. Trener Kościelniak zrobił tu bardzo dużo. Wiedziałem, że będę musiał dopiero zdobyć zaufanie tych chłopaków. On ma swoje przyzwyczajenia i zasady, a ja swoje, do których musiałem zawodników przekonać. Ja nie mówiłem, że tamto było złe. Mówiłem: "A może spróbujmy tak? Może to wam akurat spasuje". Jeśli nie - trudno. Ja tu nie przyszedłem robić wojny, nie będę wyważał otwartych drzwi, ale coś swojego zaproponowałem. bo inaczej to byłoby bez sensu. Przyszedłbym, spytał kto gdzie grał i powiedział, no, to proszę, gramy. Nie było łatwo, ale udało się.
Mówi się, że drugi sezon dla beniaminka jest trudniejszy, tymczasem wy zaczęliście rewelacyjnie. Zajmujecie trzecie miejsce, jesteście w ścisłej czołówce...
- Uczulałem chłopaków, a przede wszystkim prezesów, że drugi sezon zawsze jest trudniejszy, co widać chociażby po Podbeskidziu Bielsko-Biała. Udało nam się jednak stworzyć fajną drużynę. Ona jest zbudowana od nowa. Wiadomo było, że w Wiśle jest problem z młodzieżowcami, bo ci zawodnicy, którzy wcześniej grali z tym statusem - Krzysiek Żerdka, Michał Czyż - już skończyli odpowiedni wiek. Trzeba było szukać nowych i wkomponować ich do zespołu. Bartek Byszko - nie chcę go tu za bardzo chwalić - ale świetnie się wpasował i znakomicie radzi sobie w seniorskiej piłce. Ale teraz szczególnie chciałbym wyróżnić Tomka Sierotę. Miał różne mecze. Na Góralu zagrał słabo, był jakby wystraszony. A teraz zaliczył świetny występ. Widać, że są w nim duże możliwości, co pokazał w meczu z Rekordem. Walczył, nie bał się i zaliczył prawdziwy chrzest w dorosłym futbolu. Zaznaczę, że ci chłopcy, którzy się u nas pojawili, to nie są tacy młodzieżowcy, jakich miałem w Rekordzie, czyli Michał Marek, Dawid Ogrocki. Ten ostatni niby był młodzieżowcem, ale zaliczał już kolejny sezon w seniorach. Ci z Wisły stawiają naprawdę pierwsze kroki i zasługują na wielkie brawa.
Po takim starcie, powoli może czas zadać pytanie, czy bijecie się o awans?
- Wspaniała jest współpraca i atmosfera w klubie dzięki prezesom Pilchowi i Wuwerowi. Zawsze są z drużyną, pomagają, chcą być na bieżąco. Wiadomo, że realia są, jakie są. Ja też miałem przeskok. Do pracy dojeżdżam 40 kilometrów, trenujemy w warunkach, jakie mamy. Boisko jest fajne, ale staramy się je oszczędzać. Czy III liga? Zobaczymy, czas pokaże. Ja już nie zamierzam się bawić w mówienie, że walczę o III ligę. Bawiłem się trzy lata i stało się, jak się stało.
Rozmawiał Michał Trela.
Panie trenerze, przypomnijmy. Po poprzednim sezonie, w którym nie udało się awansować z Rekordem, zamienił się pan miejscami z Ireneuszem Kościelniakiem, szkoleniowcem Wisły Ustronianki. Teraz zagraliście przeciwko swoim byłym drużynom. To musiało być spotkanie szczególne...
Mirosław Szymura, trener Wisły Ustronianki: - Robiłem wszystko, żeby ten mecz nie miał podtekstów, ale nie dało się tego uniknąć. Było jasne i oczywiste, że podtekst tego meczu jest. Prosiłem chłopaków, żeby zagrali tak, by ludzie nie myśleli, kto po czyjej stronie siedzi na ławce i myślę, że to się udało.
Spotkanie zaczęło się jednak nietypowo, bo ledwie po minucie sędzia przerwał grę na blisko pół godziny, bo fatalnej kontuzji nabawił się Mateusz Waliczek, zawodnik Rekordu...
- Troszeczkę mi żal Mateusza. Myślę, że w tym zagraniu nie było nic zamierzonego. Mimo to, ja po tej sytuacji myślałem, żeby podejść do trenera Kościelniaka i powiedzieć: "Wiesz co, usiądźmy na ławkach, a oni niech grają, żeby nie było więcej takich sytuacji". Później jednak, po rozmowie z chłopakami, stwierdziłem, że nie było w tym złośliwości. Wiadomo, że wyszliśmy na ten mecz nabuzowani, naładowani, bo nie było tajemnicą, jakie wzbudzał emocje.
Wygraliście 2-1. Jak pan ocenia to spotkanie?
- Chłopcy pokazali ogromny charakter i wolę walki. Na pewno na to zwycięstwo zasłużyliśmy, mimo że Rekord jest drużyną poukładaną, o bardzo dużym potencjale. My wygraliśmy właśnie charakterem, czyli tym, czego nam ostatnio zabrakło w Żywcu. Pokazaliśmy, że potrafimy grać, nie przestraszyliśmy się. Pierwsza połowa była w naszym wykonaniu świetna. Sprawdziło się w niej to, co sobie założyłem. Było dużo gry po ziemi i prostopadłych piłek, bo jasne było, że "górę" przegramy. Prowadziliśmy 1-0, ale gdybyśmy mieli więcej szczęścia w polu karnym, mogło być jeszcze lepiej.
Po przerwie obraz gry się jednak zmienił. Dlaczego?
- Spodziewałem się, że Rekord pójdzie do przodu. To drużyna bardzo dobrze przygotowana fizycznie, więc wiadomo było, że sił jej nie zabraknie. Poza tym, mają wartościowych zmienników. Tak też się stało. Druga połowa była bardziej pod dyktando gości, którzy mieli optyczną przewagę. My szukaliśmy szczęścia w kontrach i jedna z nich przyniosła upragnioną drugą bramkę. Uczulałem chłopaków, że Rekord jest bardzo groźny przy stałych fragmentach gry, bo ma super wykonawców "Papę" i "Żyłkę" (Krystian Papatanasiu i Mateusz Żyła - przyp. MT) oraz wysokich zawodników. Ale brakowało nam już chyba sił i wolnych dla Rekordu było dużo. To nie była gra nie fair, po prostu moi gracze, kolokwialnie mówiąc, trochę... "siadali na dół". Stąd spora ilość dośrodkowań, z których jedno przyniosło bielszczanom bramkę. Jednak my, gdybyśmy się zabrali kilkakrotnie lepiej z tymi kontrami, mogliśmy strzelić kolejne gole. Jestem dumny z Wisły Ustronianki.
A co pan myśli o Rekordzie?
- Życzę mu jak najlepiej. Niech przetrwa ten trudny moment. Wiem, co to jest, bo sam to przeżywałem kilka miesięcy temu i nie było mi łatwo. W dzień meczu kończyłem 40 lat, więc tym bardziej przeżywałem ogromne emocje. W domu myślałem sobie: jak wygramy - super. Jak zremisujemy - fajnie. A jak przegramy...? Cóż, nie ukrywam, że kibicuję Rekordowi. Jeśli ma awansować kto inny niż Wisła, to niech to będzie Rekord. Teraz stanęliśmy po przeciwnych stronach barykady i tak jak w zeszłym roku Marcin Biskup (trener LKS-u Czaniec z którym Rekord przegrał walkę o awans, wcześniej pracujący w Cygańskim Lesie - przyp. MT) pozbawił mnie złudzeń, tak tym razem my wygraliśmy zasłużenie.
Ma pan żal o to, że został zwolniony z Rekordu?
- My na ten temat dyskutowaliśmy z prezesem kilkakrotnie. To nie były rozmowy na zasadzie: "Mirek, dzięki", tylko naprawdę na wszystkie możliwe sposoby. Prezes Szymura wychodził z założenia, że trzeba coś zmienić. Mówił, że najłatwiej byłoby mu nic nie robić, ale kto stoi w miejscu, ten się cofa itp. Żal był, bo czułem, że mogę tę drużynę pociągnąć i wywalczyć z nią awans. Tej szansy nie dostałem i muszę to uszanować.
Presja w Bielsku-Białej była chyba nieporównywalna do tej, jaka jest w Wiśle?
- Wie pan, ja sporo w życiu przeszedłem. Trzy lata temu spotkała mnie tragedia, jaką była śmierć żony po błędzie lekarskim. Są momenty, w których staram się przypominać sobie, że awans do III ligi to nie jest najważniejsza rzecz w życiu. Presja? W zeszłym roku była ogromna. Wiadomo, że bardzo chcieliśmy tego awansu. Z Tomkiem Dulebą, z którym wspólnie prowadziliśmy drużynę, uważaliśmy, że zwyczajnie na niego zasługujemy. Tak po prostu. Czaniec miał ogromne szczęście. Wygrywał mecze jedną bramką, strzeloną w doliczonym czasie gry. Nam czegoś brakło. Ale teraz, co się dzieje? Dlaczego Rekord przegrywa? Dlaczego jest w sytuacji, w jakiej jest? Chciałbym, żeby w tym klubie było dobrze, bo... dalej w nim pracuję z młodzieżą, szkolę bramkarzy. Zawsze podkreślam niesamowitą sympatię i uznanie dla prezesa. Ale może to nie jest tak, że Rekord przegrywał minimalnie awans rok po roku przez moje fatum? Może to jest fatum tego klubu?
Trafił pan do Wisły po trenerze Kościelniaku. Jaką drużynę pan zastał?
- Sytuacja była przedziwna, nie było mi łatwo. W Rekordzie przejmowałem drużynę po trenerze Wojciechu Boreckim, który tylko wszedł do szatni i to wystarczyło, bo był postacią nietuzinkową. Tu też przychodziłem na ugruntowaną sytuację. Trener Kościelniak zrobił tu bardzo dużo. Wiedziałem, że będę musiał dopiero zdobyć zaufanie tych chłopaków. On ma swoje przyzwyczajenia i zasady, a ja swoje, do których musiałem zawodników przekonać. Ja nie mówiłem, że tamto było złe. Mówiłem: "A może spróbujmy tak? Może to wam akurat spasuje". Jeśli nie - trudno. Ja tu nie przyszedłem robić wojny, nie będę wyważał otwartych drzwi, ale coś swojego zaproponowałem. bo inaczej to byłoby bez sensu. Przyszedłbym, spytał kto gdzie grał i powiedział, no, to proszę, gramy. Nie było łatwo, ale udało się.
Mówi się, że drugi sezon dla beniaminka jest trudniejszy, tymczasem wy zaczęliście rewelacyjnie. Zajmujecie trzecie miejsce, jesteście w ścisłej czołówce...
- Uczulałem chłopaków, a przede wszystkim prezesów, że drugi sezon zawsze jest trudniejszy, co widać chociażby po Podbeskidziu Bielsko-Biała. Udało nam się jednak stworzyć fajną drużynę. Ona jest zbudowana od nowa. Wiadomo było, że w Wiśle jest problem z młodzieżowcami, bo ci zawodnicy, którzy wcześniej grali z tym statusem - Krzysiek Żerdka, Michał Czyż - już skończyli odpowiedni wiek. Trzeba było szukać nowych i wkomponować ich do zespołu. Bartek Byszko - nie chcę go tu za bardzo chwalić - ale świetnie się wpasował i znakomicie radzi sobie w seniorskiej piłce. Ale teraz szczególnie chciałbym wyróżnić Tomka Sierotę. Miał różne mecze. Na Góralu zagrał słabo, był jakby wystraszony. A teraz zaliczył świetny występ. Widać, że są w nim duże możliwości, co pokazał w meczu z Rekordem. Walczył, nie bał się i zaliczył prawdziwy chrzest w dorosłym futbolu. Zaznaczę, że ci chłopcy, którzy się u nas pojawili, to nie są tacy młodzieżowcy, jakich miałem w Rekordzie, czyli Michał Marek, Dawid Ogrocki. Ten ostatni niby był młodzieżowcem, ale zaliczał już kolejny sezon w seniorach. Ci z Wisły stawiają naprawdę pierwsze kroki i zasługują na wielkie brawa.
Po takim starcie, powoli może czas zadać pytanie, czy bijecie się o awans?
- Wspaniała jest współpraca i atmosfera w klubie dzięki prezesom Pilchowi i Wuwerowi. Zawsze są z drużyną, pomagają, chcą być na bieżąco. Wiadomo, że realia są, jakie są. Ja też miałem przeskok. Do pracy dojeżdżam 40 kilometrów, trenujemy w warunkach, jakie mamy. Boisko jest fajne, ale staramy się je oszczędzać. Czy III liga? Zobaczymy, czas pokaże. Ja już nie zamierzam się bawić w mówienie, że walczę o III ligę. Bawiłem się trzy lata i stało się, jak się stało.
Rozmawiał Michał Trela.
Polecane