Orzeł cieszy się grą
Śmiało można powiedzieć, że sobotnie zwycięstwo Orła Babienica/Psary było w naszym regionie jedną z największych niespodzianek piłkarskiego weekendu. Nic dziwnego, że telefon Mirosława Smyły, trenera zwycięskiego zespołu, nie milknie nawet na chwilę.
- Dawno nie dzwoniło do mnie tylu dziennikarzy - śmieje się szkoleniowiec Orła. - Trzeba przyznać, że staliśmy się autorami całkiem sporej sensacji. Ruch jest przecież uważany za murowanego kandydata do awansu. Dodam od razu, że - mimo sobotniej porażki - pozostaje nim nadal. Nie będę ukrywał, bardzo obawiałem się tego starcia. Również piłkarze nie byli do końca przekonani co do moich metod treningowych. Teraz chyba już w pełni mi zaufają. Zagraliśmy bardzo mądrze taktycznie. Dobrym posunięciem okazało się odcięcie od piłek Adama Kompały. Mimo tych wszystkich pozytywów, doskonale zdaję sobie sprawę, że bardziej sprawiedliwym wynikiem byłby remis. Mieliśmy jednak trochę więcej szczęścia, niż rywale - podkreśla Smyła.
Bohaterem gospodarzy został strzelec obydwu bramek Maciej Polis. - Wszyscy ciężko zapracowaliśmy na ten sukces - przyznaje skromnie skrzydłowy jedenastki z Psar. - Braki w umiejętnościach nadrabialiśmy ogromną wolą walki. Myślę, że przeciwnik spodziewał się po nas zdecydowanie innej postawy. Zagraliśmy bardzo wysoko od samego początku i być może właśnie to okazało się receptą na ogranie "Cidrów" - twierdzi Polis.
W Psarach nikt nie ma jednak zamiaru świętować wygranej z Ruchem zbyt długo. - Myślimy już o kolejnym starciu. W następnej kolejce przyjdzie nam zmierzyć się z BKS Bielsko-Biała. Uważam ten zespół za kolejnego faworyta do walki o mistrzostwo ligi - zaznacza trener Orła. - Nasze cele? Nie jest prawdą, że walczymy o utrzymanie. Tak napisała jedna z gazet. Ale awanse na razie zostawiamy innym. Chcemy przede wszystkim cieszyć się grą. Proszę sobie wyobrazić, jaką satysfakcję sprawiło mi zachowanie Piotrka Trepki. Ten doświadczony piłkarz, który przecież niedawno rozstał się w bardzo nieciekawej atmosferze z Rakowem Częstochowa, cieszył się po meczu jak dziecko. Widać, że znowu odczuwa radość z gry. I o to mi chodzi! - zapewnia z uśmiechem Mirosław Smyła.