GKS Tychy - Zagłębie 5-4 k. Wykorzystał wskazówki trenera... rywali
10.01.2010
Długo można by wyliczać wyśmienite okazje, które marnowali gospodarze. Co prawda za sprawą Bagińskiego szybko wyszli na prowadzenie i to podczas gry w osłabieniu, ale później wyraźnie coś się zacięło. Kibice nie mogli zrozumieć, jak można nie trafiać takich: "blatów".
Miejscowi grali, a goście? Goście robili to co do nich należało, czyli trafiali. - Mieliśmy sporo szczęścia, że udało nam się strzelić te bramki (pierwszy gol Da Costy był faktycznie samobójem - przyp. red.) oraz nie stracić kolejnych - przyznał Tomasz Rajski, bramkarz Zagłębia.
Trener GKS-u główkował, jak odwrócić losy spotkania. I wymyślił. Wykorzystał do tego wskazówek szkoleniowca... sosnowiczan. - Nie byliśmy gorsi. Nieskuteczność wynikała z psychiki. Wystarczyło nastawić zawodników, zmobilizować - Jan Vavrecka opowiadał, co działo się w szatni podczas drugiej przerwy, dodając, że sposób ten zna od Milana Skokana z czasów, gdy był podopiecznym Słowaka. - Uczeń przebił mistrza - zauważył Skokan.
Tym, który słowa Vavrecki wziął sobie najbardziej do serca był Bacul. Czech już wcześniej sam powinien rozstrzygnąć losy spotkania, ale nie mógł się wstrzelić. Podbudowany rozmową w ciągu trzech minut pokonał Rajskiego dwa razy i tyszanie wyszli na prowadzenie. - Szkoda, że popełniliśmy tragiczne w skutkach błędy. Szczęście się odwróciło - żałował golkiper.
Gdy wydawało się, że GKS po raz pierwszy w tym sezonie zwycięży z Zagłębiem na własnym lodowisku, Teddy Da Costa wyrównał. Doszło do dogrywki, w której z powodu obustronnych kar zespoły grały tylko w trzyosobowych składach. Dodatkowy czas nie przyniósł rozstrzygnięcia. W karnych, jedynym, który się nie pomylił był Bacul.
Sosnowiczanie pojedynek okupili kontuzją Vladimira Luki, który w ostatnich sekundach ucierpiał w starciu z Kotlorzem. Z obolałym kolanem, kulejąc zszedł do szatni.
Miejscowi grali, a goście? Goście robili to co do nich należało, czyli trafiali. - Mieliśmy sporo szczęścia, że udało nam się strzelić te bramki (pierwszy gol Da Costy był faktycznie samobójem - przyp. red.) oraz nie stracić kolejnych - przyznał Tomasz Rajski, bramkarz Zagłębia.
Trener GKS-u główkował, jak odwrócić losy spotkania. I wymyślił. Wykorzystał do tego wskazówek szkoleniowca... sosnowiczan. - Nie byliśmy gorsi. Nieskuteczność wynikała z psychiki. Wystarczyło nastawić zawodników, zmobilizować - Jan Vavrecka opowiadał, co działo się w szatni podczas drugiej przerwy, dodając, że sposób ten zna od Milana Skokana z czasów, gdy był podopiecznym Słowaka. - Uczeń przebił mistrza - zauważył Skokan.
Tym, który słowa Vavrecki wziął sobie najbardziej do serca był Bacul. Czech już wcześniej sam powinien rozstrzygnąć losy spotkania, ale nie mógł się wstrzelić. Podbudowany rozmową w ciągu trzech minut pokonał Rajskiego dwa razy i tyszanie wyszli na prowadzenie. - Szkoda, że popełniliśmy tragiczne w skutkach błędy. Szczęście się odwróciło - żałował golkiper.
Gdy wydawało się, że GKS po raz pierwszy w tym sezonie zwycięży z Zagłębiem na własnym lodowisku, Teddy Da Costa wyrównał. Doszło do dogrywki, w której z powodu obustronnych kar zespoły grały tylko w trzyosobowych składach. Dodatkowy czas nie przyniósł rozstrzygnięcia. W karnych, jedynym, który się nie pomylił był Bacul.
Sosnowiczanie pojedynek okupili kontuzją Vladimira Luki, który w ostatnich sekundach ucierpiał w starciu z Kotlorzem. Z obolałym kolanem, kulejąc zszedł do szatni.
Polecane
Polska Hokej Liga
Przeczytaj również
24.07.2022
24.07.2022
"GieKSa" w szoku przy pustym Blaszoku