GKS Tychy - Zagłębie 4-5 d. Tyszanie znów muszą zamknąć szatnię

12.03.2010
"Oby tak dalej, dziewczyny oby tak dalej" - krzyczeli ironicznie kibice na lodowisku w Tychach. Pierwszy pojedynek GKS-u z Zagłębiem wyglądał jak sparing, a nie mecz o medale mistrzostw Polski.
Ostatnie pięć sezonów z rzędu GKS walczył o złoto. Celem tegorocznych rozgrywek było mistrzostwo. Dla wszystkich w Tychach walka o brąz jest marnym pocieszeniem, ale jedynym ratunkiem za ostatnią kompromitację w Nowym Targu. Zagłębie natomiast czeka na krążek od 20 lat. Wydawało się, że jednym i drugim będzie zależało na medalu. Nic bardziej mylnego. Kibice nie mogli uwierzyć w to co zobaczyli na tafli. Irytowali się przy każdej zmarnowanej stuprocentowej sytuacji (pudłowali na początku spotkania: Bacul, Parzyszek, Galant, Wołkowicz), przy kompletnym braku koncepcji na rozegranie przewagi przez miejscowych (krążek przez większość czasu znajdował się za bramką Sobeckiego, zamiast w tercji obronnej rywala), czy też szkolnych błędów jednych i drugich.

Fani nie kryli swojego niezadowolenia. Śpiewali ironicznie: Oby tak dalej, dziewczyny oby tak dalej. Na koniec ostrzegli pupili żeby zamknęli szatnię. Była to aluzja do sytuacji z półfinałowych pojedynków z Podhalem, kiedy to odwiedzili ich w przerwie meczu (dziś ochrona strzegła wejścia). Dopiero wówczas tyszanie się otrząsnęli i odwrócili losy spotkania.

Tym razem tego nie udało się zrobić. Mimo prowadzenia, roztrwonili przewagę. Doszło do dogrywki, w której decydujący cios wyprowadził Jaros. - Gra się nie kleiła. Mogliśmy na początku strzelić kilka bramek i byłoby spokojnie. Sami skomplikowaliśmy sobie sprawę. Pomogliśmy rywalowi wygrać ten pojedynek. Musimy sobie powiedzieć kilka słów na ten temat - przyznał Jan Vavrecka, trener gospodarzy. - Było sporo nerwowości. Dopiero po drugiej tercji i reprymendzie szkoleniowca zaczęliśmy coś grać - zauważył zdobywca zwycięskiego gola, Marcin Jaros.
autor: Mariusz Polak

Przeczytaj również